URBAN LAB

Miejsce spotkań mieszkańców, aktywistów i urzędników, którzy wspólnie wypracowują i wdrażają rozwiązania odpowiadające na wyzwania stojące przed Gdynią.

Wyprowadzają psy na spacer, socjalizują, karmią i myją. Pokazują im, że ludzka dłoń przyjemnie gładzi sierść. Że człowiek to całkiem niezły towarzysz wypraw. Że schronisko nie musi być trudnym obozem przetrwania, tylko miejscem, które przypomina kochający dom. Poznajcie Ewę Nosowską-Wichert i Karolinę Kokot, wolontariuszki z gdyńskiego schroniska OTOZ Animals – Schronisko “Ciapkowo”.
Jest w Gdyni takie miejsce: spółdzielnia socjalna działająca przy parafii św. Mikołaja na Chyloni, z kuchnią cateringową i własnym foodtruckiem. Do 23 września foodtruck parkuje w alei Topolowej, a w menu ma półmetrowe zapiekanki i hot dogi według autorskiego przepisu. W dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania” odwiedzamy „Dobre Miejsce”.
UrbanLab Gdynia był gospodarzem partnerskiej wizyty studyjnej przedstawicieli Urzędu Miasta Stalowa Wola. Spotkanie było okazją do wymiany doświadczeń, informacji, a także dobrych praktyk.
z Gdyni inicjuje przedsięwzięcia, które mają na celu przede wszystkim tworzenie przyjaznych przestrzeni wspólnych, a także ochronę natury i pielęgnację zieleni. Pojawił się jednak niespodziewany efekt tych działań: poprawa stosunków sąsiedzkich i budowa trwałych przyjaźni, które wyrosły na gruncie wspólnego dbania o najbliższe otoczenie.
się uda ją przejść – można wiele osiągnąć. Właśnie dzięki zdobytemu zaufaniu Anna Matłosz, socjoterapeutka z Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni, pomaga dzieciom i młodzieży z rewitalizowanego osiedla Zamenhofa – Opata Hackiego rozwijać się i odważnie myśleć o przyszłości. O tym, na czym ta praca polega, w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.
Gdy w ubiegłym roku Zespół Teatru Gdynia Główna przez kilka tygodni towarzyszył uczniom SP nr 47 z doświadczeniem migracyjnym nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że do powstającego na tej kanwie scenariusza życie dopisze kolejne rozdziały. W efekcie tamtych rozmów, spacerów, wzajemnego poznawania się i budowania zaufania powstał niezwykły spektakl: opowieść młodych ludzi o tym, jak trudno znaleźć się w nowym mieście i zaczynać od zera, o niezrozumieniu – również dosłownym, o tęsknocie i nadziei. To też opowieść o tym, jak wiele teatr może zmienić. Spektakl będzie można zobaczyć już w środę i czwartek, 10 i 11 sierpnia, w ramach Festiwalu „Pociąg do Miasta”.
Gdyby ktoś zapytał: „Co jest ważne przy przeprowadzce do innego kraju” zapewne większość z nas odpowiedziałaby „Formalności”. Ale czy nie równie istotne jest poznanie naszych nowych sąsiadów? Ich języka, kultury i zwyczajów, by lepiej się zrozumieć, by mieć wokół siebie życzliwych ludzi, by te pierwsze dni w nowym miejscu były prostsze? W przejściu przez tę zmianę pomagają Sviatlana Rasliakova i Izabela Rutkowska: animatorki integracji międzykulturowej w Laboratorium Innowacji Społecznej w Gdyni. O ich pracy – w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.
Od 15 lat gdyńskie Centrum Integracja wspiera osoby z niepełnosprawnością w wejściu i powrocie na otwarty rynek pracy. Rocznie z bezpłatnej oferty centrum korzysta nawet 400 osób – a dla każdej z nich ta oferta układana jest indywidualnie, by odpowiadała potrzebom, zainteresowaniom, możliwościom. To sprawia, że wsparcie jest skuteczne. O sposobie Integracji na aktywizację osób z niepełnosprawnościami – w dzisiejszej odsłonie cyklu „Twarze Pomagania”.
TWARZE POMAGANIA: MARTYNA WINNICKA WSPIERA GDYŃSKĄ MŁODZIEŻ. „NIKT MI TERAZ NIE POWIE, ŻE JESTEM BOOMEREM”!
- To nie ja obmyślam kolejne działania, to życie przynosi potrzeby, a my na nie reagujemy – zastrzega ks. Jacek Socha, proboszcz parafii św. Mikołaja. Ale to dzięki niemu 13 lat temu w Chyloni powstało Stowarzyszenie Świętego Mikołaja Biskupa, prowadzące dziś klub rodzica, placówkę wsparcia dziennego dla młodzieży i dzieci, klub seniora i kulinarną spółdzielnię socjalną. Do tego: grupy wsparcia, lekcje języka polskiego dla obcokrajowców, Zupę Chylońską i wiele innych działań… To o nich opowiada bohater dzisiejszej odsłony cyklu „Twarze Pomagania”.

TWARZE POMAGANIA: CIAPKOWE PSIAKI POD DOBRĄ OPIEKĄ

Karolina Kokot (po lewej) i Ewa Nosowska-Wichert z Knofliczkiem//fot. Dawid Linkowski

Wyprowadzają psy na spacer, socjalizują, karmią i myją. Pokazują im, że ludzka dłoń przyjemnie gładzi sierść. Że człowiek to całkiem niezły towarzysz wypraw. Że schronisko nie musi być trudnym obozem przetrwania, tylko miejscem, które przypomina kochający dom. Poznajcie Ewę Nosowską-Wichert i Karolinę Kokot, wolontariuszki z gdyńskiego schroniska OTOZ Animals – Schronisko “Ciapkowo”.

Miłość do zwierząt i chęć niesienia pomocy czworonogom – to skłoniło pani Ewę do przekroczenia bram gdyńskiego schroniska w 2014 roku.

– Ludzie mówią: „ja bym nie mogła tam być, bo ja tak bardzo kocham zwierzęta”. A ja sobie wtedy myślę: „a ja nie?”. Dopóki nie trafiłam do Ciapkowa, też miałam złe skojarzenia ze schroniskami. Bo w mediach większość przekazów jest negatywna, mówi się o tych drastycznych przypadkach. O tych dobrych mowa rzadko, lub wcale – tłumaczy pani Ewa Nosowska-Wichert.

A gdyńskie „Ciapkowo” to miejsce bardzo przyjazne zwierzętom. Dbają o to nie tylko pracownicy, ale także wolontariusze, którzy wiedzą, jak to miejsce funkcjonuje od przysłowiowej kuchni. – Myślałam, że będę musiała zakasać rękawy i robić nie wiadomo co, a okazało się, że ten wolontariat dał mi świetny kontakt ze zwierzętami – mów pani Ewa i dodaje, że nie ma sztywno wyznaczonych zadań. Priorytetem jest jednak wyprowadzenie psów na spacer. – To jest zdecydowanie numer jeden, najważniejszy punkt dnia. Psów w schronisku jest dużo, pracownicy dbają, aby zwierzęta miały czysto w boksach, aby były najedzone, otrzymały potrzebne suplementy, na spacery niestety nie starcza już czasu, dlatego wolontariusze są tutaj tak bardzo potrzebni.

Pani Ewa z suczką Deizi. Podopieczna znalazła już dom. Została zaadoptowana przez rodzinę, która już wcześniej przygarnęła Pomiego. “To ważne, bo wiemy, że pies trafia w dobre ręce” – mówi Ewa Nosowska-Wichert//fot. Dawid Linkowski

Rolę spacerów podkreśla także pani Karolina Kokot, z którą udało mi się porozmawiać właśnie podczas spaceru z suczką Kają. – Kiedyś wspierałam schronisko, kupując dary, a później podczas jednej z akcji dowiedziałam się, że mogę zostać wolontariuszką. Przeszłam szkolenie i tak od 2017 roku pomagam zwierzakom w ten sposób. Wolontariuszka przyznaje, że praca w schronisku zweryfikowała jej wyobrażenia. – Myślałam, że po prostu wezmę jednego z psów na spacer i będzie miło i przyjemnie. Ale nie zawsze tak jest i na to trzeba się przygotować. Są pieski, które na spacerach ciągną, są też takie, które nie są w pełni zsocjalizowane, więc trzeba też włożyć trochę pracy w to, aby nauczyły się korzystać ze spacerów. Mamy też podopiecznych, którzy wcale nie chcą wychodzić, boją się. Są również czworonogi, które nie chcą się bawić, bo nikt ich tego po prostu nie nauczył. Część czuje lęk przed zabawkami czy chociażby patykami, są to bowiem psy przejściach, często traumatycznych.

– Knofliczek, psiak ze zdjęcia to jeden z psich seniorów, który zdążył pójść do domu to jedna z takich adopcji co szczególnie cieszy, bo w trakcie pobytu w schronisku okazało się że cierpi na nowotwór – wyjaśnia pani Karolina//fot. Dawid Linkowski

Praca w schronisku to jednak nie tylko spacery. – Cała reszta obraca się wokół psów. Musimy je wyczesać, pojechać z nimi do weterynarza, załatwić im fryzjera. To nie jest tak, że schronisko tego nie robi, robi w miarę możliwości. Zwierzęta mają tutaj codzienną, najlepszą z możliwych opiekę, w tym także weterynaryjną. Są nakarmione, mają czyste i zadbane boksy. Chodzi jednak o to, że psy często bardziej nam ufają i darzą nas większą sympatią. To jest też naturalne, bo my kojarzymy im się z przyjemnymi chwilami, fajnym spacerem, smakołykami. Pracownicy często muszą zrobić zastrzyk, obciąć paznokcie, więc nam psy pozwalają na więcej i często chętniej jadą z nami do fryzjera, czy weterynarza – tłumaczy pani Ewa.

Pani Karolina podkreśla, że praca z psami pomaga odnaleźć się w ich świecie, poznać ich język. – Mieliśmy spotkania z behawiorystą, to było bardzo wartościowe doświadczenie. Dla psów, które zabieraliśmy na spacery, był to z kolei świetny trening, nauka poruszania się po mieście i oswajania z otoczeniem. Często były to bowiem zwierzęta odebrane interwencyjnie z łańcucha i nie miały wcześniej kontaktu ze światem zewnętrznym.

Obie wolontariuszki nie ukrywają, że mają wśród podopiecznych swoich ulubieńców. – Mam nawet więcej niż jednego i one się systematycznie zmieniają – mówi pani Karolina i dodaje, że teraz ma dwóch pupili. Jednym z nich jest suczka Kaja. – To dość problematyczna dziewczyna, nie każdego akceptuje, ale jakoś udało nam się dogadać.

 Każda z nas ma takich swoich ulubieńców, psy, z którymi może zrobić więcej niż inni. Ja lubię takie trudniejsze pieski, łobuzy – uśmiecha się pani Ewa.

Dla bezpieczeństwa pracowników, wolontariuszy, a także podopiecznych schroniska, wprowadzono tam specjalne oznaczenia. – Są pieski, które nie mają żadnych oznaczeń, tolerują kontakt z każdym wolontariuszem. Są też pieski z żółtymi kartkami. Te żółte kartki są pewnego rodzaju ostrzeżeniem i mówią nam, czego możemy się po danym podopiecznym spodziewać. To oznaczenia często trafia do psów lękowych, albo do takich, przy których trzeba zachować szczególną uwagę na przykład na spacerach. Są też psy z czerwonymi kartkami. – To są takie nasze pieski specjalnej troski – uśmiecha się Ewa Nosowska-Wichert. – Najczęściej są to psy po trudnych przejściach. Moi ulubieńcy to właśnie te czerwone karteczki. Ja się do nich bardzo przyzwyczajam, bo one od lat są w schronisku. To często psy, które ze względu na swoje problemy mają dużo mniejsze szanse na znalezienie domu.

Jednym z takich łobuzów jest Reif, pies w typie amstaffa. Pani Ewa adoptowała go wirtualnie, poświęca mu też sporo czasu w schronisku.

– Reif został znaleziony przy Akademii Morskiej w Gdyni w tak opłakanym stanie, że dziwiłam się, że jest w stanie utrzymać się na nogach. Dziś to kawał umięśnionego psiska. Zresztą nie tylko ja jestem w nim zakochana, także moja przyjaciółka, również wolontariuszka, która codziennie przyjeżdża do „Ciapkowa”, żeby wyprowadzić go na spacer.

Pani Ewa z Reifem, pieskiem w typie amstaffa. Reif wciąż czeka na mądrych i odpowiedzialnych opiekunów, którzy zrozumieją jego potrzeby i obdarzą go miłością//fot. Dawid Linkowski

Nasza rozmówczyni dodaje, ze ostatnio obie zabrały Reifa do samoobsługowej myjni dla psów. Na miejscu nieoczekiwanie pojawiła się także właścicielka obiektu. – Wyjaśniłyśmy, że jesteśmy ze schroniska, przedstawiłyśmy naszego podopiecznego i zapowiedziałyśmy, że wrócimy za chwilę z kolejnym psem do kąpania. Właścicielka pozwoliła nam umyć psy za darmo. Takie drobne gesty znaczą dla nas bardzo wiele – mówi pani Ewa i dodaje, że każdy wolontariusz stara się dać swoim podopiecznym jak najwięcej. – Czasem wykupujemy leki za własne środki, czasem przynosimy smaczki, czy opłacamy wizytę u fryzjera. Każdy robi dla tych psów tyle, ile tylko może.

Co jeszcze robią wolontariusze? Gotują psom, które mają problemy gastryczne, gdy jest potrzeba, przeprowadzają zbiórki. Wspomagają pracowników w codziennej pracy, a także obserwują podopiecznych, aby jak najlepiej opisać ich zachowanie. To ważne, bo dzięki określeniu charakteru i potencjalnych problemów, psy mogą trafić do odpowiedzialnych domów.

– Ludzie często mają pretensje, że schronisko nie chce oddawać zwierząt do adopcji. Chciałabym podkreślić, że to nie tak, że my nie chcemy, żeby nasi podopieczni znaleźli dom. My chcemy, żeby to był kochający i odpowiedzialny dom. Nie mamy pewności, że osoby, które nie chcą zapoznać się z psem, tylko od razu zabrać go do siebie, zapewnią mu dobre warunki. A najgorszy dla psów jest powrót – mówi pani Ewa.

Ewa Nosowska-Wichert i Reif//fot. Dawid Linkowski

Wspomniany Reif to niejedyny podopieczny, który przeżył niesamowitą metamorfozę. Pani Karolina wspomina jednego ze swoich ulubieńców, Rudolfa, który dzięki jej cierpliwości, otworzył się i zaufał człowiekowi. – Rudolf był większym mieszańcem o rudym umaszczeniu. Nie chciał wychodzić na spacery. Jak przychodziłam do schroniska, to zazwyczaj on zostawał na sam koniec, ale nie pchałam się do boksu, w którym mieszkał, bo nie miałam doświadczenia. Aż jedna z koleżanek zaproponowała mi, żebym z nim wyszła.

Mimo obaw, pani Karolina zabrała go na spacer. – Rudolf poszedł ze mną nieco dalej niż z innymi osobami. To dało mi nadzieję. Zaczęłam przychodzić do niego co parę dni, a on się systematycznie się otwierał. Z tego zamkniętego w sobie psa, który stracił nadzieję na to, że czeka go jeszcze coś ciekawego, zrobił się wesołym czworonogiem. Postanowiłam zrobić mu wydarzenie adopcyjne na Facebooku, pojawiały się tam filmy i zdjęcia z jego codziennego życia. I szczęśliwie okazało się, że przed świętami Rudolf poznał swoją rodzinę i znalazł dom.

Karolina Kokot wspiera schroniskowe psiaki od 2017 roku//fot. Dawid Linkowski

Wolontariuszki cieszą się, gdy psy znajdują własne domy. A jeszcze więcej radości dostarczają zdjęcia i filmiki, na których widać ich nowe, szczęśliwe życia. – Schronisko ma własną grupę, Adopsiaki. Zapraszamy tam adoptujących, którzy chętnie pokazują nam swoich przyjaciół, dzielą się informacjami o ich życiu i o tym, jak mają teraz cudownie. Są też sytuacje, że rodziny adopcyjne chcą utrzymywać kontakty z wolontariuszami, którzy bardzo zżyli się z danym zwierzęciem – dodaje pani Ewa.

Wolontariat w schronisku gwarantuje całą gamę emocji, od złości, przez smutek, po ogromną radość. Nierzadko po policzkach spływają też łzy. Pani Karolina podkreśla, że łzy radości pojawiają się u niej najczęściej wtedy, gdy piesek, który potencjalnie nie miał szans na dom, bo był stary, schorowany, lub trudny, znajduje swoją rodzinę. Zdarzają się też niestety łzy smutku, szczególnie wtedy, gdy w schronisku odchodzi wieloletni podopieczny, który nigdy nie znalazł swoich bliskich.

Choć suczka ze zdjęcia ma już swoją rodzinę, w “Ciapkowie” nie brak psów, które czekają na nowe, kochające domy//fot. Dawid Linkowski

Pani Ewa przyznaje, że chociaż uwielbia wszystkie ciapkowe czworonogi, lubi też się z nimi rozstawać. – Na początku myślałam, że trudno mi się będzie pożegnać z moimi podopiecznymi, że będę płakać. I płaczę, ale ze szczęścia, że te nasze bączki trafiają do swoich nowych kochających domów.

Każdy, kto chciałby zapoznać się z podopiecznymi “Ciapkowa” może to zrobić zarówno osobiście, jak i wirtualnie. Schronisko znajduje się w Gdyni przy ulicy Małokackiej 3A. Warto także zajrzeć na stronę internetową: https://ciapkowo.pl/ oraz na Facebooka: https://www.facebook.com/ciapkowo.

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

“DOBRE MIEJSCE”: NIEZWYKŁY FOODTRUCK W ALEI TOPOLOWEJ

Jest w Gdyni takie miejsce: spółdzielnia socjalna działająca przy parafii św. Mikołaja na Chyloni, z kuchnią cateringową i własnym foodtruckiem. Do 23 września foodtruck parkuje w alei Topolowej, a w menu ma półmetrowe zapiekanki i hot dogi według autorskiego przepisu. W dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania” odwiedzamy „Dobre Miejsce”.

Pani Ewa, pani Kasia i pani Ania (od lewej) przy foodtrucku dobre miejsce // fot. Aleksandra Dylejko

Sami o sobie piszą tak: „Jesteśmy grupą przyjaciół, zapaleńców, którzy od 2009 roku prowadzą Stowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa. Obserwując zmiany, jakie zachodzą w naszych podopiecznych, postanowiliśmy dać im możliwość podjęcia pracy. Tworząc w 2019 roku Spółdzielnię Socjalną „Dobre miejsce” kontynuujemy i rozwijamy misję stowarzyszenia w myśl idei „Dobro wypiera zło” praz „Dobro podaj dalej”. Utworzenie miejsc pracy jest równocześnie ofertą skierowaną do naszych podopiecznych oraz szansą rozwoju i poprawy jakości życia, z której chętnie korzystają.”

Jedną z osób, które są w spółdzielni od początku, jest pani Ania.

– Przy Stowarzyszeniu św. Mikołaja Biskupa działa klub rodzica, chodziłam tam na spotkania. Rozmawialiśmy o pracy: o tym, jak do niej wrócić, czym chcielibyśmy się zająć. I padł pomysł, by napisać projekt zakładający zakup foodtrucka – opowiada.

Projekt powstał, pojawiło się dofinansowanie. Jesienią 2019 roku pod parafię przy ul. św. Mikołaja podjechał foodtruck, własność Spółdzielni Socjalnej „Dobre Miejsce”.

Podmioty ekonomii społecznej – takie jak „Dobre Miejsce” – dają zatrudnienie przede osobom potrzebującym wsparcia w powrocie na rynek pracy. Pomagają uwierzyć w siebie i rozwinąć skrzydła zdobywając nowe umiejętności.

I tak było w przypadku ekipy „Dobrego Miejsca”. Wszystkiego musieli nauczyć się sami i do zera. Pani Ania i pani Kasia, które w spółdzielni – i foodtrucku – pracują od początku przyznają, że nie miały doświadczenia kulinarnego.

– Musiałyśmy nauczyć się gotować, obsługiwać maszyny – wspominają. – Maszynę do donutów rozgryzałyśmy tydzień. Kupiłyśmy ją w hurtowni, więc trzeba było samemu ją poskładać. Potem uczułyśmy się obsługi i tego, jak przygotować najlepsze ciasto na donuty.

Foodtruck “Dobre Miejsce” // fot. Aleksandra Dylejko

Przez trzy lata oferta foodtrucka się zmieniała. Panie zaczęły od wspomnianych donutów, potem były frytki. Praktyka pokazała jednak, że potrzeba czegoś, dzięki czemu obsługa foodtrucka będzie szybsza i prostsza. I tak padło na zapiekanki oraz hotdogi. Zapiekanki mają pół metra, można wybierać spośród kilku smaków. Są też hotdogi.

– Dwa lata temu je wymyśliłam – mówi pani Ania. – Nigdzie takich nie ma: z dwiema parówkami i surówką.

W czerwcu ekipę foodtrucka można było spotkać na dzielnicowych festynach, w lipcu stacjonował przy parafii pw. św. Mikołaja na Chyloni, a teraz, do 23 września, „Dobre Miejsce” mieści się przy alei Topolowej (na wysokości Placu Wolnej Ukrainy). To doskonała lokalizacja, popularna trasa spacerów gdynian i turystów. Foodtruck jest otwarty codziennie od godz. 12 do godz. 20, w weekendy do 22.

 – Zapraszają nas na imprezy, ale nie wszędzie i nie zawsze możemy pojechać. Tu, przy bulwarze, mamy bardzo duży ruch – przyznaje pani Ania. – Gdy były zawody IronMan sprzedawaliśmy dziennie po 120-130 zapiekanek, do tego 30-40 hotdogów.

Wszystko to, co potrzebne do przygotowania smacznej i świeżej zapiekanki powstaje w kuchni cateringowej, którą od grudnia 2021 dysponuje Stowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa.

– Tu nie ma nic mrożonego, wszystko przygotowujemy sami, więc jest świeże – podkreśla pani Ania. – Dziś na przykład przygotowaliśmy 26 kg farszu pieczarkowego.

W tej chwili w foodtrucku na stałe pracują trzy osoby, dwie osoby zatrudnione są na sezon. Od września ekipa powiększy się o kolejnych dwóch pracowników. Nad tym, by wszystko działo sprawnie, czuwa Ewa Koszałka.

– Koordynuję projekt „Zupa Chylońska”: w każdą środę w Parku Kilońskim Stowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa wydaje ją potrzebującym. Ksiądz Jacek Socha, proboszcz parafii, zapytał czy nie zajęłabym się też foodtruckiem – i tak się zaczęło. Pracuję, więc muszę tak sobie planować każdy dzień, żebym mogła tu być dostępna i reagować na bieżąco, gdy trzeba ­– mówi o swojej roli.

24 września foodtruck „Dobre Miejsce” wróci w pobliże kościoła św. Mikołaja na Chyloni. Pani Ania mówi jednak, że będą starać się ruszać tam, gdzie przychodzi więcej osób. Bo choć w dzielnicy foodtruck ma swoich wiernych klientów, ich liczba siłą rzeczy jest ograniczona. Wyzwaniem dla spółdzielni może być sezon zimowy.

– Wymyślimy coś! – nie ma wątpliwości pani Ania. – Będziemy gotować zupę. Mamy kociołki, możemy sprzedawać ją z foodtrucka. Pomysłów mamy bardzo dużo, a i ludzie mówią nam, czego chcą. Jedzenie w barach powoli im się nudzi, więc jest mnóstwo możliwości. Tym bardziej, że mamy kuchnię.

I mnóstwo zapału.

– Bardzo nam zależy. I dalej chcemy tu pracować. Ludzie przychodzą, odchodzą, a my z Kasią jesteśmy. Już 33 miesiące. – podkreśla pani Ania.

Pani Kasia pomaga w kuchni.

– Lubię to, naprawdę mi to sprawia przyjemność – uśmiecha się. – A właśnie o to chodzi: żeby to, co robimy, sprawiało. Najlepsza wypłata to że ludziom smakuje.

Pani Ania: – To nie jest zwykła praca, w to wszystko trzeba wkładać dużo serca. Gdy szkoliliśmy nowe dziewczyny zależało nam by traktowały to jak naprawdę dobre miejsce pracy, a nie jak miejsce do którego się przyjdzie, zrobi swoje i wychodzi. W kuchni wkładamy bardzo dużo serca i chcemy, żeby to było dalej przekazywane. Opowiadamy klientom co robimy, jak robimy.

A, jak mówi pani Kasia, najlepszą wypłatą jest to, że ludziom smakuje.

Foodtruck “Dobre Miejsce” // fot. Aleksandra Dylejko

***

Foodtruck ma swoją stronę na Facebooku  oraz własną stronę internetową www.dobrem.com.pl.

O działalności Stowarzyszenia św. Mikołaja Biskupa i o tym, jak ksiądz Jacek Socha, proboszcz parafii pw. św. Mikołaja wspiera lokalną społeczność, można przeczytać tutaj: https://lis.gdynia.pl/twarze-pomagania-ksiadz-jacek-socha/

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

Wizyta studyjna w UrbanLab Gdynia

UrbanLab Gdynia był gospodarzem partnerskiej wizyty studyjnej przedstawicieli Urzędu Miasta Stalowa Wola. Spotkanie było okazją do wymiany doświadczeń, informacji, a także dobrych praktyk.

Podczas pierwszego dnia wizyty goście odwiedzili siedzibę UrbanLabu, gdzie powitała ich dyrektor Laboratorium Innowacji Społecznych Aleksandra Markowska.

– Cieszymy się, że możemy Was gościć, Gdynia to otwarte miasto, które chętnie dzieli się wypracowanymi rozwiązaniami. Jednocześnie sami również poszukujemy inspiracji poza granicami naszego samorządu, dlatego tego typu spotkania pozwalają nam na wymianę wiedzy i doświadczeń. UrbanLab to część Laboratorium Innowacji Społecznych, miejsca, w którym wdrażamy rozwiązania dla mieszkańców i w oparciu o ich potrzeby, ale także propozycje. Cieszymy się, że dziś możemy spotkać się z naszymi gośćmi i podyskutować o tym, co się w samorządzie sprawdza, a co nie – wyjaśniła Aleksandra Markowska.

Goście wysłuchali także prezentacji na temat gdyńskiego UrbanLabu oraz działań, jakie są tam prowadzone. Nie zabrakło także przedstawienia projektu realizowanego przez Laboratorium Innowacji Społecznych i Fundację Stocznia: Inkubatora pomysłów. Prezentację poprowadziły Magdalena Żółkiewicz i Magda Dębna. Przedstawiciele Stalowej Woli dowiedzieli się także, jak realizowane są w Gdyni e-usługi miejskie, szczególnie w kontekście karty mieszkańca.

Pierwszego dnia wizyty goście odwiedzili także Przystań Lipową 15, gdzie mogli zapoznać się z genezą gdyńskich domów sąsiedzkich, a także z proponowanymi dla mieszkańców aktywnościami. Zwieńczeniem pierwszego dnia wizyty była wizyta w Muzeum Miasta Gdyni. Zaproszeni zostali oprowadzeni po aktualnych wystawach oraz poznali ofertę skierowaną do młodzieży.

Drugi dzień wizyty rozpoczął się spotkaniem w siedzibie UrbanLabu. Goście mogli wysłuchać prezentacji na temat rewitalizacji w wymiarze społecznych. Poruszony został m.in. wątek komunalnego bloku bez barier przy ul. Dickmana 30. Informacje przekazał Łukasz Browarczyk z Laboratorium Innowacji Społecznych, który odpowiadał także na pojawiające się pytania słuchaczy.

W kolejnym bloku goście wysłuchali prezentacji nt. Budżetu Obywatelskiego, Szkolnego Budżetu Obywatelskiego, a także Konsultacji Społecznych i Gdyńskiej Platformy Dialogu. Na pytania w tym zakresie odpowiadała Magdalena Warmowska, specjalistka z Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni. Drugiego dnia wizyty goście mieli okazję, by odwiedzić Centrum Nauki Experyment oraz Centrum Organizacji Pozarządowych. Ostatnim punktem był natomiast wykład Marty Magott pt. „Społeczność Romska w Trójmieście”.

Niemniej intensywny był trzeci dzień wizyty. W czwartek goście ze Stalowej Woli odwiedzili Wymiennikownię. Młodzieżowym Centrum Innowacji Społecznych i Designu. Mogli tam zapoznać się nie tylko z samym miejscem, ale także z jego koordynatorkami oraz wolontariuszami.

– To była zupełnie nowa forma aktywności dla młodzieży, do której wszyscy musieli się przyzwyczaić – mówiła podczas prezentacji Martyna Winnicka, kierowniczka Wymiennikowni.

Goście ze Stalowej Woli byli szczególnie zainteresowani szczegółami tworzenia przestrzeni dla młodych ludzi, bo, jak podkreślali, sami planują otwarcie podobnej placówki.

– Poszukujemy dobrych praktyk w zakresie aktywizacji młodzieży, współpracy z młodzieżą, a także rozwiązań, które się sprawdziły, i które można zaadaptować. Oczywiście pewne niuanse będą zmienne, ale ogóle zasady, partnerskie podejście, a także część rozwiązań chcielibyśmy wykorzystać w siebie – mówi Arleta Siwek, naczelnik wydziału stalowowolskie Centrum Aktywności Lokalnej i dodaje, że w planach stalowowolskiego samorządu jest m.in. stworzenie nowoczesnego budynku, w którym powstanie przestrzeń dla młodzieży.

Zwieńczeniem wizyty studyjnej była wizyta w Młodzieżowym Domu Kultury oraz w Muzeum Emigracji.

TWARZE POMAGANIA. KAJETAN LEWANDOWSKI „GRA W ZIELONE” I ZASZCZEPIA MIŁOŚĆ DO PRZYRODY W SWOIM OTOCZENIU

Kajetan Lewandowski// fot. Dawid Linkowski

Działania proekologiczne, dbanie o środowisko i… o sąsiedzkie relacje – pan Kajetan Lewandowski, społecznik z Gdyni inicjuje przedsięwzięcia, które mają na celu przede wszystkim tworzenie przyjaznych przestrzeni wspólnych, a także ochronę natury i pielęgnację zieleni. Pojawił się jednak niespodziewany efekt tych działań: poprawa stosunków sąsiedzkich i budowa trwałych przyjaźni, które wyrosły na gruncie wspólnego dbania o najbliższe otoczenie.

Sporo osób zauważa braki i niedogodności w najbliższym otoczeniu. Większość jednak nie reaguje, lub narzeka pod przysłowiowym nosem. Niektórzy jednak wolą zakasać rękawy i zaangażować się w działania na rzecz wspólnego dobra. Przykładem takiej osoby jest pan Kajetan Lewandowski, społecznik z Gdyni.

– Dostrzegłem pewne mankamenty w najbliższym otoczeniu i zamiast narzekać na to, że nie ma zieleni, jest nieoświetlona ulica, nie ma gdzieś fragmentu chodnika, postanowiłem połączyć siły z sąsiadami i działać – wyjaśnia mój rozmówca.

Pan Kajetan sprawdził możliwości i przystąpił do działania. – W początkowej fazie kluczowym narzędziem był Budżet Obywatelski, w ramach którego zgłaszaliśmy projekty, zabiegaliśmy o głosy, a potem pilnowaliśmy realizacji tych zamierzeń. Również z grupą sąsiadów zgłosiliśmy akces i zyskaliśmy akceptację w wyborach do Rady Dzielnicy – mówi i dodaje, że obecnie także wspólnie z sąsiadami prowadzi szereg akcji społecznych. – Prężnie działa u nas grupa, która podlewa drzewa, są także osoby podejmujące się sprzątania dzielnicy. Działa także założona przez nas lokalna grupa wymian sąsiedzkich. Gdy na Ukrainie rozpoczęła się wojna, zaangażowaliśmy się w działania pomocy uchodźcom z Ukrainy.

Pan Kajetan podkreśla, że stara się być uważny i otwarty na potrzeby lokalnej wspólnoty. – Przyglądam się temu, co dzieje się w naszej dzielnicy i staram się reagować na pojawiające się problemy i potrzeby. I rzeczywiście, efekty widać dość szybko. Można mierzyć je ilością złożyć do BO projektów, czy liczbą uratowanych drzew. Ale można także spojrzeć na tę kwestię od strony zaangażowanych w działania osób. Bo otwartość i entuzjazm naszego rozmówcy stały się zalążkiem większej sąsiedzkiej siły. – Myślę, że do pewnego stopnia jakaś inspiracja wypłynęła od całej naszej grupy, ale uważam też, że w swoich działaniach nie jesteśmy osamotnieni. Realizowane przez nas, sąsiedzkie akcje przyciągają inne osoby, które często zostają w tym na dłużej – mówi Kajetan Lewandowski i dodaje, że czasami wystarczy tylko pokazać ludziom, że można i że warto.

– Czasami udaje nam się stworzyć ramę dla aktywności innych ludzi. Na przykład słyszymy, że tak sami z siebie mieszkańcy nie chodziliby z konewką, by podlewać drzewa. W momencie, gdy stworzyliśmy inicjatywę, by rośliny podlewać, nazwaliśmy je, dajemy sygnał do ich podlewania i uzupełniamy wodę, takie osoby, które normalnie powiedziałyby, że drzewo usycha i nic nie da się z tym zrobić, łączą siły z dwudziestoma innymi rodzinami i dzięki temu tworzy się duża grupa, która działa na rzecz przyrody i najbliższego otoczenia. I w ten sposób ci ludzie się poznają. Nagle osoby, które do tej pory się nie znały, albo mijały bez słowa na klatce schodowej, tworzą świetne relacje, niekiedy przyjaźnie.

Skąd u pana Kajetana zainteresowanie ekologią? Jak sam mówi, dziś ten temat powinien leżeć w kręgu zainteresować każdego człowieka. – Po pierwsze nasze życie w ciągu ostatnich lat tak szybko się zmienia, że nawet jeśli ktoś piętnaście czy dwadzieścia lat temu uważał, że ekolodzy to tacy niepoważni ludzie, którzy dla rozgłosu przykuwają się do drzew, to dziś, jeśli ktoś jest osobą chociaż w minimalnym stopniu świadomą tego, co się dzieje, musi uważać kwestie ekologiczne za najważniejsze – zauważa mężczyzna. Pan Kajetan dodaje także, że jego największą motywacją do zajęcia się tym tematem było pojawienie się na świecie jego dzieci. – Gdy zostałem rodzicem, naszła mnie pewna refleksja: zacząłem zastanawiać się, jak będzie wyglądało życie moich pociech, jakie będą miały wykształcenie, gdzie będą pracować i przede wszystkim: na jakim świecie będą żyły.

Jak przyznaje nasz rozmówca, wniosek nie był optymistyczny. – Wydaje mi się, że znaleźliśmy się w punkcie, w którym nie możemy dłużej preferować naszego własnego komfortu. Mam tu na myśli na przykład jeżdżenie wszędzie samochodem, palenie węglem, czy wyrzucanie nieposegregowanych śmieci przedkładane nad warunki, w jakich będą żyły przyszłe pokolenia. Brutalnie mówiąc, jeśli nic nie zmienimy, czeka je bardzo trudne i bardzo smutne życie, w którym głównym zadaniem będzie chronienie się przed katastrofami naturalnymi, masowymi migracjami, czy radzenie sobie z niestabilnymi cenami żywności. Parafrazując Baracka Obamę: jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma pełną wiedzę na temat skutków katastrofy klimatycznej i ostatnim, które jeszcze może coś z tym zrobić.

I choć Kajetan Lewandowski podkreśla, że wie, że w pojedynkę nie jest w stanie stawić czoła ekologicznej katastrofie, chce być częścią społeczności, która stawia na działania na rzecz przyrody. – Staram się włączać w ten ruch i wydaje mi się, że te dwa czynniki: pojawienie się dzieci i nabieranie świadomości związane z nabywaniem nowej wiedzy na temat klimatu i tego, jak człowiek na niego wpływa i co z tego wynika, rzeczywiście wysuwa się na pierwszy plan – dodaje.

Nasz rozmówca nie tylko prowadzi ekologiczne działania w Gdyni, ale także stara się edukować najmłodszych. – Trudno powiedzieć, czy zaszczepiłem miłość do ekologii w moich dzieciach, ale wierzę, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Moje dzieci już wiedzą, z czym wiąże się palenie węglem, jeżdżenie wszędzie dieslem, czy jak ważne dla planety są drzewa. I szczerze mówiąc, mam nadzieję, że ta świadomość, choć dziś jeszcze nieco niszowa, stanie się wiedzą powszechną, gdy moje pociechy dorosną. Wierzę, że za kilka lat rzeczy, które dziś wywołują u niektórych zdziwienie lub oburzenie: segregacja śmieci czy ograniczenie dla ruchu samochodowego, będzie dla kolejnych pokoleń zupełną oczywistością.

Jakie plany na najbliższą przyszłość ma pan Kajetan? Zielone! – Niebawem rozpoczyna się kolejna edycja Budżetu Obywatelskiego, gdzie ponownie wraz z grupą sąsiadów i przyjaciół zgłosiłem projekty, związane z zazielenianiem naszego miasta. Na pewno będę zachęcał do głosowania na ekologiczne projekty. Będę także pilnował realizacji wcześniejszych złożonych projektów.

Nasz rozmówca dodaje także, że nadal zamierza angażować się w prowadzone oddolnie akcje, mające na celu wprowadzanie w mieście ekologicznych rozwiązań.

Warto podkreślić, że swój własny projekt do Budżetu Obywatelskiego mógł złożyć każdy mieszkaniec bez względu na wiek czy adres zameldowania. Finalnie na liście głosowania w gdyńskim BO znalazło się 245 pomysłów. Można się już z nimi zapoznać i zastanowić się nad wyborem. Zwłaszcza, że głosowanie w BO2022 rozpocznie się już niebawem. W tym roku projekty do realizacji wskazywać będziemy w dniach 5-19 września.

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

TWARZE POMAGANIA: ANNA MATŁOSZ POMAGA DZIECIOM Z REWITALIZOWANYCH OBSZARÓW. “WAŻNY JEST BALANS MIĘDZY BYCIEM KUMPLEM I BYCIEM DOROSŁYM”

Anna Matłosz//fot. Dawid Linkowski

To praca, której podstawę stanowi cierpliwość i zaufanie. Droga do jego zdobycia nie zawsze jest łatwa, ale gdy już się uda ją przejść – można wiele osiągnąć. Właśnie dzięki zdobytemu zaufaniu Anna Matłosz, socjoterapeutka z Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni, pomaga dzieciom i młodzieży z rewitalizowanego osiedla Zamenhofa – Opata Hackiego rozwijać się i odważnie myśleć o przyszłości. O tym, na czym ta praca polega, w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.

Objęty rewitalizacją obszar ul. Zamenhofa – Opata Hackiego na gdyńskiej Chyloni jest ściśle określony, a wyznaczają go numery konkretnych bloków stojących w tej części dzielnicy. Choć mieszkające tu dzieci i młodzież są rzecz jasna sąsiadami, a niektórzy z nich także uczniami tej samej szkoły czy wręcz klasy nie zawsze utrzymują relacje towarzyskie – po szkole nie zapraszają się do domów, nie uczestniczą we wspólnych zajęciach.

Ale powoli się to zmienia za sprawą rewitalizacji społecznej osiedla i pracy, jaką w Przystani Opata Hackiego 33 wykonuje Anna Matłosz, socjoterapeutka z Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni. Dla młodzieży w wieku 13-19 lat prowadzi zajęcia włączające społecznie, regulujące poziom napięcia, relaksacyjne czy ruchowe. Efekt kilkuletnich działań to dwie grupy, których członkowie zżyli się z sobą na tyle, że na wspólnych aktywnościach spędzają nawet 12 godzin. Początki jednak nie były łatwe choć mogło się wydawać, że warunki sprzyjają.

Praca z dziećmi i młodzieżą z rewitalizowanego osiedla Zamenhofa – Opata Hackiego zyskała zupełnie nowy wymiar po otwarciu Przystani Opata Hackiego 33. W Domu Sąsiedzkim jest bowiem przestrzeń do organizowania rozmaitych wspólnych zajęć: od kulinarnych w doskonale wyposażonej kuchni, przez granie w planszówki po aktywności sportowe.

– Mieliśmy grupę chłopców, którzy zaciekawieni przychodzili pod budynek Przystani, ale nie chcieli wejść do środka – mówi Anna Matłosz. – Pierwszy miesiąc przesiedzieli na zewnątrz, na schodach. Zaczęłam więc z nimi rozmawiać: pytać jak się czują, co u nich słychać, zapraszać na górę herbatę. Powoli zaczęli wchodzić do środka, ale wciąż trzymali dystans.

W końcu jednak zawiązała się grupa tych najbardziej zmotywowanych, którzy chcieli coś robić z innymi, coś zmienić. Zaczęło się banalnie, bo między innymi od przygotowania wspólnych posiłków z tego, czym akurat dysponowała przystaniowa kuchnia. Pomagał każdy bo obowiązywała zasada, że „kto nie pomaga ten nie je”. – Bycie przy wspólnym stole, przygotowanie wspólnego posiłku, wypicie razem herbaty zbliża. Uczy też myślenia o innych, dzielenia się – zauważa Anna Matłosz. – I tak po prostu będąc ze sobą, rozmawiając o zwykłych sprawach zaczęliśmy nawiązywać silniejsze więzi. Potrzeba było czasu, by młodzi zaczęli mówić mi o swoich sukcesach czy kłopotach.

Z kolei w pracy z grupą młodszą dobrym początkiem okazały się zajęcia ruchowe. Ale były też spotkania kuchni na ZOH, podczas których można było poznać zasady savoir vivre’u, z czasem zaczęły się odbywać zajęcia artystyczne w tym dedykowane grupie starszej i młodszej zajęcia beatbox prowazone przez beatboxera Kuxona Warto zauważyć, że uczestnicy maja też zajęcia parkour prowadzone przy ul. Opata Hackiego przez trenerów z Gdyńskiej Akademii Parkour.

– Okazało się, że sporo dzieci lubi fotografię, po każdym wspólnym wyjściu mamy setki zdjęć – zauważa Anna Matłosz. – Często jedziemy razem do Śródmieścia, chociażby na pizzę czy burgery czy spacer .Wszystko, co z tym związane – zakup biletów w autobusie, zapytanie o coś przechodnia, zamówienie posiłku, rozmowa z obsługą w lokalu – to trening umiejętności społecznych o dużym znaczeniu dla wdrożenia do życia społecznego. Staram się, by dzieci i młodzież w jak największym stopniu uczestniczyły w tym, co się dzieje w Gdyni, dlatego bierzemy udział w rozmaitych wydarzeniach. Niedawno – w festiwalu kolorów.

Grupa młodsza to około 10 osób, grupa starsza – sześcioro młodych ludzi. Spotykają się raz w tygodniu, na kilka godzin. Teraz, w wakacje, zdarzają się spotkania nawet 12-godzinne. Oczywiście, do rodziców (wcześniej wyrazili zgodę na uczestnictwo dziecka w grupie) zawsze trafia informacja gdzie ich dzieci będą i o której wrócą. Największym przebojem były tzw. nocki, czyli wieczorno-nocne spotkania w Przystani Opata Hackiego 33. Teraz, gdy po pandemicznej przerwie i okresie zapewnienia schronienia uchodźcom z Ukrainy Dom Sąsiedzki wraca do swojej funkcji, nocki znów będą się odbywać. W ich trakcie młodzież np. wspólnie ogląda film – ale to nie ten film jest najważniejszy. Chodzi o możliwość spędzenia z sobą czasu i – przede wszystkim – rozmowy.

Młodzi ludzie są z sobą w kontakcie także po zajęciach, m.in. dzięki grupie na Messengerze. Anna Matłosz często kończy dzień pytaniem o to, jak minął – i życząc dobrej nocy.

Anna Matłosz z grupą młodszą pracuje od roku 2019, ze starszą – od roku 2020. Kilka lat poznawania się i zdobywania zaufania zaowocowało tym, że na pytanie o to czy jest dla niektórych młodych ludzi jest powierniczką, odpowiada „Tak”. Ale zaraz dodaje: – w pracy jak moja trzeba być wręcz kryształowym. Tu nie ma miejsca na „może dzisiaj, a może jutro”, „może zrobię, a może nie”. Młodzież jest wobec dorosłych bardzo krytyczna. Gdy zdarzy mi się pomyłka, muszę stanąć przed nimi i powiedzieć: „Przepraszam” czy ,,nie wiem’’ . Ważny jest też balans między byciem kumplem i byciem dorosłym. Trzeba być w tym autentycznym.

Krok po kroku dzieci i młodzież stają się pewniejsze siebie i chętne do tego, by np. zamówić posiłek z lokalu, zainicjować czy podtrzymać rozmowę. Zmieniają się, wdrażają się w nowe grupy, sprawdzają się w innych sytuacjach niż dotąd, są bardziej otwarte, więcej o sobie opowiadają. Niektórzy bardziej starają się w szkole.

Anna Matłosz//fot. Dawid Linkowski

 Cieszy mnie każdy sukces moich dzieci i młodzieży, z przyjemnością obserwuję zmiany przez jakie przechodzą – choć to nie jest szybki proces, czasami trzeba poczekać. Oczywiście, nie zawsze zmiana się uda, nie każda praca pomocowa kończy się sukcesem – przyznaje Anna Matłosz. – Tym bardziej lubię patrzeć, jak sobie radzą w życiu. Gdy widzę, że wdrażają wskazówki ,słuchają sugestii – to dla mnie ważne. Podobnie jak to, charakter mojej pracy, który pozwala mi być przy młodzieży w pełnym różnych doświadczeń okresie dojrzewania

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

WARTO POZNAĆ NIE/ZNAJOMYCH

Gdy w ubiegłym roku Zespół Teatru Gdynia Główna przez kilka tygodni towarzyszył uczniom SP nr 47 z doświadczeniem migracyjnym nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że do powstającego na tej kanwie scenariusza życie dopisze kolejne rozdziały. W efekcie tamtych rozmów, spacerów, wzajemnego poznawania się i budowania zaufania powstał niezwykły spektakl: opowieść młodych ludzi o tym, jak trudno znaleźć się w nowym mieście i zaczynać od zera, o niezrozumieniu – również dosłownym, o tęsknocie i nadziei. To też opowieść o tym, jak wiele teatr może zmienić. Spektakl będzie można zobaczyć już w środę i czwartek, 10 i 11 sierpnia, w ramach Festiwalu „Pociąg do Miasta”.

Jacek Panek. Małgorzata Polakowska, Ida Bocian // fot. Teatr Gdynia Główna

W roku szkolnym 2021 / 2022 w Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 3 na Dąbrowie uczyło się około 1100 dzieci i młodzieży. Około 50 z nich miało doświadczenie migracyjne: wraz rodzicami przyjechały do Gdyni m.in. z Białorusi, Ukrainy, Gruzji.

Krzysztof Jankowski, dyrektor placówki przyznaje, że zwłaszcza na początku jest im trudno. Bariera językowa sprawia, że zamykają się w swoim gronie.

– A każda bariera: czy językowa, czy kulturowa, może prowadzić do zachowań niepożądanych – zauważa. – Jestem zwolennikiem każdego działania włączającego. Gdy usłyszałem o projekcie, w ramach którego młodzi ludzie mogą opowiedzieć o swoich przeżyciach, by na tej podstawie powstało przedstawienie teatralne dzięki któremu inni uczniowie będą mogli ich poznać – od razu pomyślałem o dzieciach z naszej szkoły.

Spektakl „Nie/znajomi” – bo tak finalnie został zatytułowany – stanowił część realizowanej wówczas przez UrbanLab Gdynia „Ścieżki szytej na miarę”. Składała się z czterech elementów zaprojektowanych i powiązanych tak, by przeciwdziałać i uwrażliwiać na niepokojące tendencje wśród młodzieży, nasilone w wyniku pandemii.

– Z badań wynikało, że jednym z negatywnych skutków sytuacji kilkunastu miesięcy pandemii i związanych z nią lockdownów dla młodych ludzi było osamotnienie. To szczególnie dotkliwe dla osób z doświadczeniem migracyjnym: bez wsparcia, jakie daje rodzina większa niż krąg najbliższych, ze wszystkimi ograniczeniami wynikającymi z nieznajomości języka, kultury, miasta – podkreśla Michał Guć, wiceprezydent Gdyni ds. innowacji. – Wiemy, jak trudne może to być, dlatego prowadzimy w Gdyni systemowe działania, by wesprzeć naszych nowych mieszkańców, ale też uwrażliwić mieszkańców w różnym wieku. Spektakl zrealizowany w Teatrze Gdynia Główna skierowany jest do młodych ludzi. Niemalże pół roku po wybuchu wojny w Ukrainie zyskał jednak zupełnie nowy wymiar. Na trudne doświadczenia związane z przeprowadzką do innego kraju nakładają się bowiem traumy związane z sytuacją wojenną: ucieczką z rodzinnego domu, koniecznością pozostawienia w Ukrainie bliskich i całego dobytku, niepewnością co do tego kiedy i czy w ogóle powrót będzie możliwy.

– Zależało nam, by młodzieży z doświadczeniem migracji dać okazję do opowiedzenia o niełatwej codzienności, a nas samych zmusić do refleksji, pomóc we wzajemnym zrozumieniu się – zauważa Aleksandra Markowska, dyrektor Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni. – Spektakl, który powstał dzięki zaangażowaniu artystów Teatru Gdynia Główna oraz nauczycieli i uczniów Szkoły Podstawowej nr 47 nikogo nie pozostawia obojętnym. Opowiada prawdziwe, często brutalnie prawdziwe, historie czworga młodych ludzi z Ukrainy, Białorusi i Gruzji, których rodziny osiedliły się w Gdyni. Dziś, w sytuacji wojny toczącej się tuż za naszą granicą i faktu, że wielu z nas ma za sąsiadów osoby uchodźcze, wydźwięk „Nie/znajomych” jest jeszcze głębszy.

Oleksandr, Roman, Nini, Veronica i Tatiana przez kilka tygodni spotykali się z ekipą Teatru Gdynia Główna. Pracowali metodą dramy, często stosowaną w leczeniu traum, w szczególności związanych z utratą. Spotykali się w teatrze, razem przemierzali Dąbrowę opowiadając o swojej codzienności. W siedzibie teatru wspólnie zbudowali miasto marzeń. I powstał godzinny spektakl w reżyserii Ewy Ignaczak i Marka Kościółka. Historie młodych ludzi przedstawiają Małgorzata Polakowska, Ida Bocian i Jacek Panek.

Ida Bocian // fot. Teatr Gdynia Główna

– Siła działania, które zaproponowała Ewa, Ida i reszta ekipy polega na tym, że zrobiliśmy wszystko od A do Z. Poznaliśmy naszych bohaterów podczas rozmowy, ale też po prostu spędzając z nimi czas. Jedną z ważniejszych rzeczy przy tego typu projektach jest zaufanie, doświadczenie i empatia – mówił po jednym z pierwszych spektakli Marek Kościółek. – Scenariusz, który napisała Ewa, to wybór z bardzo obszernego materiału, dokonany z wielką uważnością.

­Oleksandr, Roman, Nini, Veronica i Tatiana opowiedzieli o swojej codzienności w rodzinnych domach, powodach dla których ich rodziny zdecydowały się zacząć od nowa w nowym kraju, o barierze jaką postawiły między nimi a rówieśnikami język i kultura, o przykrych sytuacjach, jakich doświadczali za sprawą szkolnych koleżanek i kolegów, o wielkiej tęsknocie, nadziei na dobrą przyszłość i możliwościach, jakie daje im życie w innym kraju. To opowieść przejmująca, w 100 procentach szczera.

– Teatr faktu, bo po tę formę sięgnęliśmy, postrzegany jest jako formuła dokumentu, bez środków artystycznych – wyjaśnia Ewa Ignaczak. – Zdecydowaliśmy się na nie, bo dzięki nim można więcej wyrazić. Spektakl staje się ciekawszy i dla młodego odbiorcy, i dla aktorów.

Emocje towarzyszące „nie/znajomym” dotykają wszystkich: bohaterów, aktorów, reżyserów, widownię.

Małgorzata Polakowska i Jacek Panek // fot. Teatr Gdynia Główna

Po pierwszych spektaklach artyści mówili tak:

Ida Bocian (Nini): – Znam naszych bohaterów i to utrudniło mi zadanie. Moment, w którym pokazaliśmy im spektakl był niezwykle emocjonalny. Poczułam potworny ciężar, jakbym grała z kamieniami. Popatrzyłam im w oczy i nagle złapałam się na tym, że mówię o Weronice do Weroniki. Tak się tym speszyłam, że zaczęłam uciekać wzrokiem…. Takie rzeczy od lat mi się nie zdarzały, byłam zaskoczona swoją reakcją. Ale potem przypomniałam sobie, że tu przecież nie chodzi o mnie, tylko o cel, o ważną sprawę i formę, która pozwala czuć się bezpiecznie.

Małgorzata Polakowska (Tatiana): – Sukcesem było dla mnie, gdy po pierwszym spektaklu moja bohaterka powiedziała mi: „Jestem taka sama. Tak samo się zachowuję, to były moje emocje, nie tylko moje słowa”. Nie było mi trudno zidentyfikować się z postacią. Obie jesteśmy inne, dziwne – więc ją rozumiem. A ona w tym wszystkim nie jest słaba, tylko walcząca i dumna. Bardzo mi zależało, żeby stanąć w jej obronie i zaprezentować ją jako silną, pewną siebie. Mam nadzieję że znajdzie kogoś, kto zasługuje na jej przyjaźń.

Małgorzata Polakowska i Jacek Panek // fot. Teatr Gdynia Główna

Jacek Panek (Sasza, Weronika): – Cały czas czułem odpowiedzialność za sposób, w jaki pokażemy historię i za to, jak zareagują rówieśnicy. Wyzwaniem było dla mnie pierwsze spotkanie – nie znałem Saszy, widziałem tylko film w którym się wypowiada. Skonfrontowanie tego, że gram dwie postaci z Saszą, który ma za chwilę zobaczyć spektakl, było dla mnie bardzo onieśmielające i trudne. W dniu premiery też to czułem, ale finał uruchomił ogromne emocje. Poczułem lekkość: to, czy historia została lepiej czy gorzej zagrana, zostało na drugim planie. Najważniejsze były emocje.

Bo pokaz premierowy zakończył się w sposób, którego nikt z całą pewnością nie przewidział.

– Po premierze pomyliliśmy światła: zamiast je zgasić, zostały zapalone. I okazało się, że część dzieci płacze – relacjonuje Ewa Ignaczak. – Na widowni była pani psycholog – zareagowała, by wyciszyć emocje. Ale wtedy nagle odezwała się dziewczynka – była przyjaciółka Tatiany. Przy wszystkich przeprosiła Tatianę przyznając się, że to ona używała przezwisk, o których mówiła grająca Tatianę Małgosia Polakowska.

Dziś w Gdyni mieszka 2625 dzieci z doświadczeniem migracyjnym. W gdyńskich placówkach edukacyjnych, według danych z czerwca tego roku, uczyło się 1600 dzieci z doświadczeniem uchodźczym.

– Gdynia to niezwykłe miasto, w którym żyją ludzie mający wielkie serca – podkreśla Bartosz Bartoszewicz, wiceprezydent Gdyni ds. jakości życia. – Wiele milionów obywateli Ukrainy zmuszonych było z dnia na dzień uciekać z rodzinnego kraju w celu ratowania życia swojego i swoich bliskich. Tysiące z nich znalazło bezpieczną przystań w naszym mieście, a gdynianki i gdynianie natychmiast ruszyli z pomocą. Na początku najważniejsze było zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb naszych gości, z czasem jednak, zaczęliśmy bardzo mocno koncentrować się nad wielką potrzebą, jaką było przywrócenie im poczucia bezpieczeństwa. Pomoc dla najmłodszych jest szczególna i nasi pedagodzy robią bardzo dużo, by uczynić ich świat choć trochę lepszym.

Do refleksji o tym, jak wiele zależy od każdego z nas – i jak jednocześnie niewiele potrzeba, by świat osób z doświadczeniem migranckim czy uchodźczym był lepszy – skłaniają właśnie „Nie/znajomi”. Najbliższa okazja, by zobaczyć spektakl, już w środę i czwartek, 10 i 11 sierpnia, o godz. 21 na placu targowym przy Hali Rybnej (wejście od ul. Wójta Radtkego).  Aktorzy Teatru Gdynia Główna zaprezentują go w ramach ósmej edycji festiwalu teatrów offowych „Pociąg do miasta”.

– Wahaliśmy się, czy na tegorocznej edycji Festiwalu pokazać akurat to przedstawienie. Przecież powstało ono jeszcze przed inwazją Rosji na Ukrainę, a do tego było skierowane do bardzo konkretnego odbiorcy – młodych ludzi. Ale doszliśmy do wniosku, że warto po raz kolejny oddać naszym bohaterom głos. Bo w trudnej codzienności rodzin, które niedawno przeprowadziły się do Polski, młodzież często musi sobie radzić sama. To przedstawienie pokazuje ich emocje: tęsknotę za opuszczonym domem i ogromne pragnienie akceptacji w nowym środowisku – ale są one przecież nie tylko jednostkowe, ale i uniwersalne. Chcemy przypomnieć naszym rodakom – młodszym i starszym, że niewiele potrzeba, by szybciej poczuli się jak u siebie – podsumowuje Ida Bocian.

„Ścieżka szyta na miarę” realizowana była w ramach zadania „Adaptacja Koncepcji Urban Lab  w Gdyni” realizowanego w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna  na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności na podstawie umowy o dofinansowanie zadania nr: DPT/BDG-II/POPT/19/19.

TWARZE POMAGANIA. BY GDYNIA STAŁA SIĘ DOMEM

Gdyby ktoś zapytał: „Co jest ważne przy przeprowadzce do innego kraju” zapewne większość z nas odpowiedziałaby „Formalności”. Ale czy nie równie istotne jest poznanie naszych nowych sąsiadów? Ich języka, kultury i zwyczajów, by lepiej się zrozumieć, by mieć wokół siebie życzliwych ludzi, by te pierwsze dni w nowym miejscu były prostsze? W przejściu przez tę zmianę pomagają Sviatlana Rasliakova i Izabela Rutkowska: animatorki integracji międzykulturowej w Laboratorium Innowacji Społecznej w Gdyni. O ich pracy – w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.

Od lewej: Sviatlana Rasliakova i Izabela Rutkowska // fot. Dawid Linkowski

Sviatlana Rasliakova jest psycholożką. Jak mówi, wykształcenie dało jej teoretyczne podstawy zrozumienia, na czym polega adaptacja. Ale znaczenie tego słowa zna też bardzo dobrze z własnego doświadczenia.

– Jestem z Białorusi, przechodziłam emigrację, jej kolejne etapy i syndromy – mówi. – Na przykład poczucie, że jest się drugorzędnym: że z wielu rzeczy nie można korzystać, na wiele się nie zasługuje… A przecież nie do końca tak jest. W swojej pracy próbuję pokazać mieszkającym w Gdyni Ukraińcom, Białorusinom i Rosjanom że są tu mile widziani, że Polacy są bardzo otwarci i że chcą ich poznać.

Gdy Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku rozpoczęło realizację projektu „Cześć” Sviatlana Rasliakova została jego uczestniczką. Dla nowych mieszkańców Gdańska to okazja by spotkać się, porozmawiać, lepiej poznać. Sviatlana program ukończyła, później była w nim wolontariuszką, aż wreszcie została zatrudniona i poprowadziła dwie edycje „Cześć”.

Od dwóch lat Sviatlana Rasliakova pracuje w Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni: początkowo w UrbanLab Gdynia zaangażowana była w tematy związane z adaptacją imigrantów (pracowała m.in. nad informatorem dla nowych mieszkańców Gdyni), a teraz w Dziale Przestrzeni Społecznych – jako specjalistka ds. animacji międzykulturowej – zajmuje się integracją mieszkających w sąsiedztwie Przystani Polaków i cudzoziemców. Współpracuje z Izabelą Rutkowską, specjalistką ds. integracji międzykulturowej prowadzącą w Przystaniach lekcje języka polskiego jako obcego.

– Studiowałam w Krakowie, miałam wykłady na temat języka polskiego jako obcego – mówi Izabela Rutkowska. – Przyjechałam do Trójmiasta, robiłam „podyplomówkę”, a w ramach praktyk musiałam uczyć. Miałam okazję prowadzić lekcje w Bibliotece Gdynia. Okazało, się że jest ogromna potrzeba lekcji języka polskiego jako obcego, zwłaszcza bezpłatnych. Po praktykach uczyłam więc najpierw wolontaryjnie, później we współpracy z Urzędem Miasta. W 2017 roku zaczęłam realizować w Bibliotece Gdynia projekt „Język polski jako obcy”; po kilku latach jego część przeniosłam do Laboratorium Innowacji Społecznych.

Sviatlana Rasliakova pracuje przede wszystkim z osobami z Białorusi, Ukrainy i Rosji. Izabela Rutkowska wśród swoich uczniów ma także osoby z Filipin, Indii, Francji, Hiszpanii, USA czy rodziny afgańskie. Przyjeżdżają do Gdyni do pracy, do męża Polaka czy żony Polki, na wolontariat – to osoby, które z różnych powodów wybrały Gdynię na swoje miejsce zamieszkania. Izabela Rutkowska podkreśla, że uchodźcy nie stanowią wśród jej uczniów większości.

Izabela Rutkowska i książka jej autorstwa “Wierszyki wspomagające naukę gramatyki” // fot. Dawid Linkowski

Izabela i Sviatlana swoje działania prowadzą w Domach Sąsiedzkich w Przystaniach.

– Często instytucje czy organizacje opracowują dla obcokrajowców specjalne programy, organizują konsultacje prawne, udzielają porad. To oczywiście jest bardzo ważne, ale czasami zapominają, że  człowiek potrzebuje drugiego człowieka – mówi Sviatlana Rasliakova. – Czasami wystarczy porozmawiać, zaprosić na herbatę, powiedzieć komuś że jest mile widziany; wytłumaczyć gdzie jest przychodnia czy jak założyć konto w banku. Czasami wystarczy po prostu być. To bardzo ważne, by obcokrajowcy mieli miejsce do którego mogą przyjść na herbatę i opowiedzieć jak im minął dzień, poznać kogoś z kim będą mogli np. spędzić święta. Doskonale pamiętam, jak w święta w akademiku byłam sama, bo wszyscy znajomi wyjechali do domów, albo gdy nie miałam z kim zjeść pączka w Tłusty Czwartek. Chodzi o to, że obcokrajowcy poczuli się tu jak w domu.

Izabela Rutkowska: – Pokazujemy Gdynię jako miasto dostępne dla nich: podpowiadamy gdzie i jak załatwić ważne sprawy, wyjaśniamy jak działają konkretne obszary życia miasta. Staramy się też trochę odczarować wizerunek urzędnika. Zwłaszcza Słowianie postrzegają urzędników jako niedostępnych.

W prowadzonych przez Izabelę Rutkowską lekcjach języka polskiego uczestniczy około 200 osób rocznie. Oczywiście, jest wśród nich rotacja: ktoś wyjedzie, dołączy ktoś nowy, ktoś przerwie lekcje z powodów osobistych. Każde spotkanie jest cenne, bo stanowi okazję do poznania się, rozmowy bazującej na różnych kulturach, doświadczeniach, punktach widzenia. To też dobra okazja do obalenia stereotypów, pozbycia się uprzedzeń. Wymiar bardziej praktyczny jest taki, że Izabela Rutkowska przygotowuje swoich uczniów do egzaminu B1, niezbędnego by otrzymać Kartę Polaka czy pozwolenie na pobyt stały.

– Swoją pracę postrzegam jako próbę odczarowania negatywnych stereotypów pokutujących w obie strony, bo przecież o Polakach też krążą nieprawdziwe opinie – mówi Izabela Rutkowska. – Pomagam w zaaklimatyzowaniu się w Gdyni i w Polsce w ogóle. Przystanie dają możliwość wykorzystania umiejętności kulinarnych, muzycznych, plastycznych, sportowych. Mieliśmy jogę prowadzoną po rosyjsku przez panią z Ukrainy, zajęcia filozoficzne po angielsku z panem z Ameryki, warsztaty kulinarne z potrawami z różnych krajów. O to chodzi: żeby Przystań była miejscem dostępnym absolutnie dla każdego.

Czasami ktoś mieszka obok Przystani, ale nie we co to za budynek i czy może tu przyjść. A gdy już przyjdzie – jest zachwycony miejscem, ofertą, atmosferą.

Nad tym, by jak najwięcej osób wiedziało o Przystani, pracuje Sviatlana. Jak mówi, jej zadanie to sprawić, by sąsiad poznał sąsiada, by mogli na sobie polegać i by w Domu Sąsiedzkim czuli się jak… w domu.

–  Praca z drugim człowiekiem to jest proces – zastrzega. – Trudno wymyślić wydarzenie i oczekiwać, że przyjdzie na nie dużo ludzi, zaczną  się przyjaźnić i stworzą społeczność. Nie. To praca krok po kroku: spotkania, relacje, budowanie zaufania.

Sviatlana Rasliakova // fot. Dawid Linkowski

To wszystko ma zupełnie nowy wymiar od dnia napaści Rosji na Ukrainę. Tuż po wybuchu wojny Sviatlana pracowała z przybywającymi do Gdyni uchodźcami. Dziś szczerze przyznaje, że wyzwaniem w najbliższym czasie może być ponowne ułożenie dobrych relacji między Ukraińcami, Rosjanami i Białorusinami, ale też między Polakami i Białorusinami czy Rosjanami.

– Wiele osób z Ukrainy nie wie jaka jest sytuacja na Białorusi, jak Białorusini reagują na to co się dzieje i że też cierpią – podkreśla. – Myślę że najważniejsze to pamiętać, że w tym wszystkim jest człowiek, nie kraj czy narodowość.

Sposobem na dobre poznanie się mogą być pikniki międzykulturowe – takie jak ten, który w ubiegłym roku odbył się w ogrodzie społecznościowym na Chyloni i na którym bawiły się osoby m.in. z Iranu, Białorusi, Filipin czy Ukrainy. Podobne spotkania są też ważne dla uczniów Izabeli Rutkowskiej. Jak wyjaśnia, metodologia nauki języka polskiego jako obcego zakłada podział uczniów na grupy na podstawie ich pierwszego języka. Na lekcjach ze Słowianami nauczycielka może mówić po polsku w zasadzie tak, jak na co dzień. Podczas zajęć z uczniami anglojęzycznymi czasami musi posłużyć się językiem angielskim. To wbrew sztuce, ale pewne kwestie wyjaśniane po polsku mogą być niezrozumiałe. Trzeba też pamiętać o osobach posługujących się językiem arabskim, które piszą od prawej do lewej.

Izabela Rutkowska planuje utworzyć od września wspólne grupy dla uczniów anglojęzycznych i Słowian, by dać im kolejną okazję do integracji.

***

Praca Izabeli Rutkowskiej i Swietlany Rosliakovej to część ogólno gdyńskich działań przeznaczonych dla mieszkających w naszym mieście cudzoziemców. W 2016 roku w Gdyni zawiązała się bowiem grupa na rzecz wspierania imigrantów, w skład której wchodzą przedstawiciele: Miejskiego Ośrodka Gdynia, Laboratorium Innowacji Społecznych, Powiatowego Urzędu Pracy, Banku Żywności, Stowarzyszenia Gaudium Vitae, Stowarzyszenia Ovum, SP nr 26, Muzeum Emigracji i Straży Granicznej. Od 2017 roku przy ul. Wolności 11b działa natomiast Punkt Informacyjny dla Uchodźców.

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

TWARZE POMAGANIA: CENTRUM INTEGRACJA

Od 15 lat gdyńskie Centrum Integracja wspiera osoby z niepełnosprawnością w wejściu i powrocie na otwarty rynek pracy. Rocznie z bezpłatnej oferty centrum korzysta nawet 400 osób – a dla każdej z nich ta oferta układana jest indywidualnie, by odpowiadała potrzebom, zainteresowaniom, możliwościom. To sprawia, że wsparcie jest skuteczne. O sposobie Integracji na aktywizację osób z niepełnosprawnościami – w dzisiejszej odsłonie cyklu „Twarze Pomagania”.

Zespół Centrum Integracja przed siedzibą przy ul. Traugutta // fot. Dawid Linkowski

W lipcu 1982 roku 16-letni Piotr Pawłowski skoczył na główkę do rzeki. Złamał kręgosłup. Spędził wiele miesięcy w szpitalach i ośrodkach rehabilitacyjnych. W Ciechocinku poznał Beatę Wachowiak-Zwarę. To spotkanie było początkiem przyjaźni, ale też wspólnych przedsięwzięć na rzecz aktywnej rehabilitacji.

Gdy przekonał się, jak wiele osób nie potrafi poradzić sobie z własną niepełnosprawnością ani odnaleźć swojego miejsca w życiu postanowił stworzyć Integrację. (- Podobnie było kiedyś ze mną, gdy dowiedziałem się, że resztę życia spędzę na wózku – czytamy na stronie niepełnosprawni.pl).

 – Moim celem stało się tworzenie sprzyjających warunków, dzięki którym osoby z niepełnosprawnością będą mogły uczestniczyć w życiu społecznym w jak najszerszym wymiarze. Z drugiej strony zauważyłem, że świat osób sprawnych nie do końca rozumie i wie, jak funkcjonują osoby z różnymi niepełnosprawnościami i dlatego zacząłem podejmować działania w tym kierunku – mówił.

Piotr Pawłowski // fot. Dawid Linkowski

Działalność zaczęła się od wydawania pisma „Integracja”. Dziś Integrację tworzą organizacje pożytku publicznego: Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji i Fundacja Integracja.

Beata Wachowiak-Zwara, pełnomocniczka prezydenta Gdyni ds. osób z niepełnosprawnością, w publikacji „Piotr i przyjaciele” wspomina tak:

– Piotr szukał drogi dla siebie. Stworzył „Integrację” i zaczął zmieniać świat i ludzi…, a ja rozpoczęłam w Gdyni działalność w ramach samorządu. Patrzyliśmy w tym samym kierunku, czuliśmy bezradność wobec własnej niepełnosprawności i otaczających barier… Chcieliśmy to zmieniać, każde na swój sposób, ale wzajemnie się wspierając.

Cztery lata po powstaniu Centrum Integracja w Warszawie Piotr Pawłowski zaproponował utworzenie takiego miejsca w Gdyni.

– Byliśmy zachwyceni – przyznaje Beata Wachowiak-Zwara. – Po pierwsze mieliśmy częściej gościć Piotra w Gdyni, po drugie traktowaliśmy Integrację jak „okno na świat”. Kampanie społeczne Integracji były nowatorskie, niejednokrotnie poruszające, robione przez najlepsze agencje reklamowe w Polsce. Nikt przedtem tak nie przedstawiał osoby z niepełnosprawnością. Piotr był inspiratorem i animatorem zmian w Polsce, rozmawiał i przekonywał najwyższe władze w Polsce, próbował wdrażać najlepsze rozwiązania światowe dla osób z niepełnosprawnościami. Miał niesamowity dar przekonywania, uwodził… Mając Centrum Integracji w Gdyni czuliśmy się cząstką tych zmian. My w Gdyni zmienialiśmy naszą lokalna rzeczywistość, Piotr zmieniał świat.

Centrum Integracja Gdynia powstało 19 marca 2007 roku w prestiżowym miejscu przy ul. Świętojańskiej, w centrum miasta.

– Prezydent Gdyni Wojciech Szczurek zdecydował aby właśnie taki lokal przekazać Integracji, który podkreśli ważność jej działań dla mieszkańców Gdyni – zauważa Beata Wachowiak-Zwara.

Beata Wachowiak-Zwara – pełnomocnik prezydenta ds. osób z niepełnosprawnością na gali konkursu “Gdynia bez barier” w 2019 roku // fot. Dawid Linkowski

Pierwszą dyrektor Centrum Integracja Gdynia została Ewa Depka, wcześniej szefowa Referatu Współpracy z Zagranicą Urzędu Miasta Gdyni.

– Piotr był częstym gościem w Gdyni a ja, jeżdżąc w delegacje, przywoziłam pomysły i doświadczenia naszych zagranicznych partnerów – czytamy w publikacji „Piotr i przyjaciele”. – Z jednego z takich wyjazdów przywiozłam dokument „Agenda 22”, który dzięki otwartości władz Gdyni na długo zaprogramował działania miasta na rzecz osób z niepełnosprawnością.

Od początku w gdyńskiej Integracji pracuje Michał Urban. Został zatrudniony jako pośrednik do spraw zatrudnienia, dziś jest prawnikiem wyspecjalizowanym w zagadnieniach dotyczących osób z niepełnosprawnościami.

Monika Merkel, koordynatorka Centrum Integracja w Gdyni zauważa, że choć przez tych kilkanaście lat idea przyświecająca Integracji nie zmieniła się – a jest nią przede wszystkim aktywizacja zawodowa osób z niepełnosprawnością – to zmieniło się podejście do niepełnosprawności, pojawiły się zupełnie nowe możliwości udzielania wsparcia: chociażby w postaci projektów z dofinansowaniem unijnym.

Monika Merkel, koordynatorka Centrum Integracja w Gdyni // fot. Dawid Linkowski

– W 2007 roku w Polsce jeszcze się o niepełnosprawności za bardzo nie mówiło, była trochę tematem tabu. To nowoczesne podejście dopiero się zaczynało, a Piotr Pawłowski był tego prekursorem – mówi Monika Merkel.

Dziś Centrum Integracja w Gdyni działa przy ul. Traugutta 2. Jego ekipa to sześcioro pracowników etatowych oraz współpracujący specjaliści: czworo psychologów, trzech konsultantów niezależnego życia, prawnik.

– Prowadzimy działania informacyjne, czyli porady prawne i doradztwo socjalne. Mamy pośrednictwo pracy, doradztwo zawodowe. Realizujemy projekty aktywizacji zawodowej finansowane przez PFRON, ale też przez miasto Gdynia czy Unię Europejską – wylicza Monika Merkel.

Nie wszyscy są w stanie poradzić sobie z ograniczeniami wynikającymi z własnej niepełnosprawności. Czują lęk przed tym, jak mogą zostać ocenieni; mają obawy, czy sobie poradzą. I właśnie w pokonaniu tych barier wspierają ich pracownicy Integracji.

– Mamy dietetyczkę, prawnika, rehabilitanta i wizażystkę, która pomaga budować poczucie własnej wartości – wylicza Monika Merkel. – Pomagamy osobom z różnymi rodzajami niepełnosprawności. Bezpłatną pomoc może znaleźć u nas każdy, kto ma orzeczenie. Wchodząc na rynek pracy osoby z niepełnosprawnościami muszą zmienić sposób życia, dietę, rytm dnia. Każdą osobę traktujemy bardzo indywidualnie; szukamy obszarów które trzeba wzmocnić.

Monika Merkel podkreśla, że przy układaniu indywidualnej ścieżki wsparcia niepełnosprawność w zasadzie nie ma znaczenia.

Michał Urban // fot. Dawid Linkowski

– Problemy z jakimi ludzie do nas przychodzą mogą dotyczyć każdego, bez wyjątku – dodaje Michał Urban Owszem, są konkretne problemy związane z niepełnosprawnością, bo dotyczą przyznania renty czy przedłużenia orzeczenia, ale mamy do czynienia z alimentami, rozwodami, postępowaniami karnymi.

Anna Pietrzak, doradca zawodowy: – Mam przekonanie że nie ma takiej osoby z niepełnosprawnością której nie bylibyśmy w stanie pomóc: czy szkoleniami, czy stażami. Ale wiele zależy od woli uczestników.

W czasie naszej rozmowy Monika Merkel wielokrotnie podkreśla, że w Integracji wychodzą z założenia, że to klient jest jedynym ekspertem od swojego życia. Centrum może pomóc danej osobie tylko w zakresie jej potrzebnym i tylko na tyle, na ile ona pozwoli.

– Mamy zasoby, wiedzę i narzędzia sprawiające, że najczęściej pomagamy skutecznie – przyznaje. – Oczywiście zdarzają się rozbieżności w oczekiwaniach czy poczucie niezadowolenia klienta. Czasami musimy poinformować, że nie jesteśmy w stanie pomóc, bo problem z którym ktoś do nas przyszedł, przekracza nasze kompetencje.

W Integracji pracują osoby z niepełnosprawnościami. Ich doświadczenie jest niezwykle cenne.

Ewa Dygaszewicz od 25 lat choruje na cukrzycę typu pierwszego. Jest dietetyczką, pomaga uczestnikom Integracji.

Ewa Dygaszewicz // fot. Dawid Linkowski

– Są niepełnosprawności których nie widać, a które wymagają stałej pracy nad sobą i uważności. W moim przypadku chodzi o kontrolowanie poziomu insuliny i glikemii. Bardzo dobrze rozumiem, że to nie jest łatwe, więc żeby jeszcze lepiej wspomagać i pracować z osobami z niepełnosprawnością ukończyłam psychodietetykę – mówi. I podkreśla, że wiele osób nie uświadamia sobie, jak ważne dla osób z niepełnosprawnością jest odpowiednie odżywianie. – Nie chodzi o napisane jadłospisu, ale stworzenie całodziennego planu – schematu pozwalającego na lepsze funkcjonowanie. Wiele leków działa lepiej, jeśli posiłki są spożywane regularnie i jeśli są odpowiedniej jakości. To bardzo ważne, żeby dbać o siebie.

Często dopiero w Integracji osoby dowiadują się, jak wielkie znaczenie ma odpowiednia dieta czy konkretny rodzaj rehabilitacji.

Żyją tak, jak potrafią a nie zawsze wiedzą, że można żyć odrobinę lepiej. U nas taką informację mogą uzyskać – mówi Władysław Herman, od listopada 2021 roku specjalista do spraw osób z niepełnosprawnością w Centrum Integracja w Gdyni. – W 2007 roku miałem wypadek. Gdy „przeskoczyłem” ze świata osób sprawnych do świata osób z niepełnosprawnościami nie potrafiłem się odnaleźć. Ze swoją nową sytuacją zacząłem się godzić dzięki panu z Integracji. Przyjechał do mnie do szpitala – a sam poruszał się na wózku, i wytłumaczył mi wiele rzeczy. Później Integracja zajęła się przeprowadzeniem mnie z trybu szpitalno-opiekuńczego do trybu aktywizacyjnego. Powoli zacząłem układać sobie życie. Przyszedł czas na rodzinę, budowę domu, studia na nowym kierunku. Gdy uznałem, że mój ogródek jest zagrabiony i wszystko jest tak, jak powinno być postanowiłem realizować się zawodowo w kierunku pomocy, którą chciałbym oddać. Kiedyś sam ją dostałem i wiem, jaka ważna jest informacja trafiająca bezpośrednio do zainteresowanej osoby.

Władysław Herman // fot. Sandra Szpręga

Pan Władysław mieszka w Kościerzynie. Do pracy w Gdyni przyjeżdża trzy razy w tygodniu. Mówi, że do dziś korzysta z podjazdów do samochodu dla wózka, które po wypadku dostał od Integracji.

Mateusz Skóra, wolontariusz Integracji, trafił na Traugutta dwa lata temu. – Chciałem znaleźć pracę, ale nie potrafiłem określić w życiu swojego miejsca, swojej drogi – przyznaje. – Dzięki warsztatom i projektom znalazłem pomysł na siebie. Teraz jestem po pierwszym roku studiów. Rok temu kompletnie sobie tego nie wyobrażałem. Gdzie ja, po trzydziestce, pójdę na studia? A jednak dzięki podpowiedziom Integracji zdecydowałem się na psychologię, żeby wspomagać inne osoby z niepełnosprawnością czy to nabytą, czy wrodzoną.

Mateusz Skóra // fot. Dawid Linkowski

Panowie Mateusz i Władysław prowadzą grupę osób z niepełnosprawnościami w ramach finansowanego przez miasto Gdynia projektu „Perspektywy”.

– Są w nim absolutnymi ekspertami przez doświadczenie – podkreśla Monika Merkel. – Ich doświadczenie jest zupełnie inną podstawą do rozmowy niż najlepsza wiedza specjalisty, który nigdy pewnych spraw w pełni nie zrozumie. Mateusz i Władek mieli dobry pomysł połączenia w jednej grupie osób, które doznały niepełnosprawności na pewnym etapie swojego życia i z tymi, które są osobami z niepełnosprawnością od urodzenia.

Rocznie, gdyńskie Centrum Integracja wspiera regularnie około 400 osób. Jest też wiele porad pojedynczych, interwencyjnych, których statystyki nie obejmują.

Centrum  Integracja współpracuje też z pracodawcami, przekonując ich do zatrudniania osób z niepełnosprawnościami.

– Bywa, że pracodawcy kojarzą niepełnosprawność tylko z niepełnosprawnością ruchową, więc czasami już na wstępie słyszymy: „Ale u nas nie ma windy” – mówi Karolina Piątek, pośredniczka pracy. – Tymczasem mamy uczestników którzy nie potrzebują windy, bo ich niepełnosprawność wynika z innych powodów. Uświadamiamy więc pracodawców. W ramach dwóch projektów aktywizacji zawodowej współfinansowanych ze środków PFRON („Niepełnosprawni – sprawni w pracy” Fundacji Integracja i „Aktywnie zdobywam pracę” Stowarzyszenia przyjaciół Integracji) organizujemy spotkania z pracodawcami, by mogli powiedzieć naszym uczestnikom jak wygląda u nich proces rekrutacji, czym się zajmuje firma, kogo zatrudnia. W ramach projektu „System Aktywizacji Społeczno-Zawodowej w Gdyni” (liderem projektu jest Laboratorium Innowacji Społecznych, projekt jest współfinansowany ze środków EFES) opłacamy uczestnikom trzymiesięczne staże. W tym czasie uczestnik zdobywa doświadczenie, a pracodawca może ocenić czy stanowisko jest dla tej osoby odpowiednie.

Karolina Piątek // fot. Dawid Linkowski

W Integracji do dyspozycji uczestników są komputery, z których można skorzystać by przejrzeć bazy ofert pracy czy przygotować CV. Można liczyć na pomoc doradcy zawodowego. Największa satysfakcja jest wtedy, gdy klient może sam przygotować i wysłać dokumenty, gdy zostaje zaproszony na spotkanie się z pracodawcą. I tu też można liczyć na podpowiedzi: jak zachować się na rozmowie kwalifikacyjnej, jak mówić o niepełnosprawności by pokazać, że ona nie wpływa na jakość pracy. Można też liczyć na udział w potrzebnym szkoleniu – Anna Pietrzak mówi, że Integracja jest w stanie dopasować w zasadzie każdą formę (z wyjątkiem nauki języków i kursu na prawo jazdy). Warto jednak pamiętać, że z pomocy Integracji mogą korzystać jedynie osoby niepracujące: nie wspiera tych, którzy chcą zmienić pracę.

Anna Pietrzak // fot. Sandra Szpręga

Centrum Integracja działa w gdyńskiej sieci, współpracuje z miejskimi instytucjami i jednostkami, ale także z innymi organizacjami pozarządowymi. To pozwala działać szerzej, odważniej, skutecznej.

Co dwa miesiące w siedzibie przy Traugutta pojawia się nowy numer magazynu „Integracja” wydawanego przez Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji w Warszawie. To kopalnia wiedzy i aktualnych informacji na temat niepełnosprawności. Warto też zaglądać na portal niepelnosprawni.pl. gdzie są dostępne praktyczne, ważne wiadomości.

Wsparcie, jakie osoby z niepełnosprawnościami mogą otrzymać w Centrum Integracja w ramach prowadzonych tu projektów, jest bezpłatne i unikatowe.

Władysław Herman: – Może nie zawsze podamy rozwiązanie na tacy. Po wypadku dostałem od Integracji przysłowiową wędkę, łowiłem sobie te ryby i dotarłem aż tutaj… Cały czas staramy się te wędki rozdawać i pokazywać drogę.

***

W 2004 roku Piotr Pawłowski został honorowym obywatelem Gdyni.

Zmarł nagle 8 października 2018 r. w Warszawie.

W 2019 roku, w dowód pamięci, Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni ustanowił nagrodę imienia Piotra Pawłowskiego. Przyznawana jest osobom, które wyznaczają w Polsce nowe standardy społeczne, zmieniają rzeczywistość oraz poszerzają świadomość społeczną.

Kontakt z Centrum Integracja
Centrum Integracja w Gdyni
ul. Traugutta 2
81-388 Gdynia
tel. 505 606 776
e-mail: gdynia@integracja.org
Centrum Integracja w Gdyni czynne jest od poniedziałku do piątku w godzinach 8.00-16.00.

Cykl „Twarze pomagania powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności.

TWARZE POMAGANIA: MARTYNA WINNICKA WSPIERA GDYŃSKĄ MŁODZIEŻ. „NIKT MI TERAZ NIE POWIE, ŻE JESTEM BOOMEREM”!

Praca z młodzieżą może być sporym wyzwaniem. Martyna Winnicka, koordynatorka Wymiennikowni znalazła jednak najlepszy sposób na ty, by młodych mieszkańców Gdyni wspierać i zachęcać do rozwoju. Do Wymiennikowni chętnie przychodzą dziś całe grupy młodych ludzi, którzy czują się tam jak w domu.

Martyna Winnicka koordynuje pracą gdyńskiej Wymiennikowni/fot. archiwum prywatne

Skąd u Martyny Winnickiej wziął się pomysł na pracę z młodzieżą? – Sama nią jestem! – śmieje się i dodaje:  – Znając swoje potrzeby, jako osoby młodej i aktywnej, łatwiej jest zrozumieć mi potrzeby innych osób w podobnym wieku. Co prawda, przedział wiekowy uczestników Wymiennikowni to 13-35 lat, czyli nastolatkowie oraz młodzi dorośli, ale te potrzeby są dla nas uniwersalne.

Martyna wyjaśnia, że chodzi przede wszystkim o potrzebę samorealizacji, rozwoju oraz poczucia przynależności i bezpieczeństwa. – Czyli o wszystko to, czego sama potrzebuję i staram się zapewnić innym poprzez budowanie relacji i wzajemnego zaufania. A poza tym lubię rozmawiać, wspólnie żartować i wygłupiać się i tej energii szukam w innych młodych ludziach – wyjaśnia.

W Wymiennikowni Martyna pracuje już ponad cztery lata, tę pracę rozpoczęła od razu po studiach. – Mogłoby się wydawać, że osoba kończąca Akademię Sztuk Pięknych wolałaby wybrać zawód bardziej twórczy czy kreatywny, ale to właśnie praca w tym miejscu daje mi nieograniczone obszary do działań – wyjaśnia.

Na pytanie o to, co inspiruje ją do rozmaitych działań na rzecz młodych ludzi, Martyna odpowiada krótko: – Inspirują mnie ludzie – i dodaje: – I Ci młodsi i starsi. Generalnie wszyscy, którzy mają odwagę, by się realizować i inspirować innych do działania, dzielić się doświadczeniami i energią. Śledzę aktualne trendy młodzieżowe i zajawki, które akurat kręcą młodych. A to zmienia się jak w kalejdoskopie, więc nie narzekam na nudę. Codziennie odkrywam coś nowego.

Koordynatorka Wymiennikowni nie poprzestaje na rozmowach z młodzieżą. Stara się także zapewnić im jak najlepsze warunki do kreatywnego rozwoju. – Nawiązuję kontakty z innymi podmiotami z Polski i z zagranicy, ze stowarzyszeniami, fundacjami, czy organizacjami pozarządowymi, które działają z młodzieżą i na jej rzecz. Sieciowanie jest bardzo ważnym elementem mojej pracy, pozwala mi zyskać nowe perspektywy, podejrzeć co robią inni. Martyna wyjaśnia, że to daje jej niesamowitą satysfakcję. – Dzięki możliwości dzielenia się z innymi swoją wiedzą, mam poczucie spełnienia i wierzę, że to, co robię ma sens, że to, co daję do mnie wraca.

Jak na absolwentkę Akademii Sztuk Pięknych przystało, nasza rozmówczyni nie przeczy, że sztuka jest ważnym elementem jej życia. – Do działań inspirują mnie również sztuka i natura. To właśnie z tych dwóch obszarów czerpię inspiracje do prowadzenia warsztatów rękodzielniczych w klimacie DIY, eko i zerowaste, w których udział bierze młodzież z całej Gdyni. Czas, który spędzamy wspólnie podczas tego „warsztatowania”, to również przestrzeń na wspólne pogawędki i zacieśnianie relacji. Mamy tutaj przestrzeń, w której każdy może opowiedzieć o tym, co sam w życiu robi, co potrafi, a czego chciałby się nauczyć. Ta synergia to motor do działania!

Takie intensywne działania czasami sprawiają, że łatwo się wypalić. Martyna Winnicka podkreśla, że dzięki temu, że w pracy codziennie robi coś innego, łatwiej jej zachować pozytywną energię. – Każdego dnia staję przed nowymi wyzwaniami, codziennie z kimś innym rozmawiam. I codziennie o czymś innym. Pracując z młodzieżą nie ma możliwości na wpadnięcie w rutynę. Nigdy nie wiem, jak potoczy się mój dzień w pracy. Dbam również o rozdzielenie pracy z życiem prywatnym – stosuję zasadę 8 godzin pracy, 8 godzin snu i 8 godzin dla siebie – mówi Martyna i dodaje, że tak podzielony dzień gwarantuje jej energię i równowagę.

Martyna przyznaje, że praca z młodzieżą to zajęcie bardzo kreatywne i twórcze, ale i niepozbawione wyzwań/fot. archiwum prywatne

– Praca jest dla mnie również miejscem, w którym sama mogę się rozwijać, aktywnie i ciekawie spędzać czas. Młodzież czuje, że lubię to, co robię i że moja praca to nie tylko odbębnienie obowiązków związanych z dzieleniem roli urzędnika państwowego i animatora społecznego. A to pozwala na swobodę spędzania wspólne czasu. Czasu dla nich wolnego, a dla mnie pracowniczego,
z którego każdy z nas jest zadowolony.

Martyna podkreśla, że praca z młodzieżą jest świetna nie tylko ze względu na pozytywną energię, jaką wnoszą młodzi ludzie. – To też szansa, by się szybko nie zestarzeć! –  śmieje się nasza rozmówczyni. – Można tu nabrać dystansu do wielu spraw i pośmiać się z tych niewygodnych. Zachować werwę, optymizm i poczucie humoru. Nauczyć się tańców z tiktoka, robienia bransoletek przyjaźni, młodzieżowego slangu – nikt mi teraz nie powie, że jestem boomerem! Po prostu YOLO – żyje się tylko raz.

Ale taka praca niesie za sobą sporo wyzwań. – Mierzę się ze wszystkimi tematami, które dotyczą młodych osób. Okres dojrzewania i wkraczania w dorosłość jest momentem trudnym, a jednak kluczowym i rzutującym na całe nasze życie. Wiele młodych osób zmaga się z problemami w szkole, domu i pracy. Szukają akceptacji wśród rówieśników, próbują również zaakceptować samych siebie. Podejmują próby odnalezienia własnej tożsamości, również tej płciowej. Pracuję także z młodzieżą z rodzin dysfunkcyjnych oraz z osobami z niepełnosprawnościami ruchowymi i intelektualnymi. Wymaga to ode mnie ogromu zrozumienia i cierpliwości.

To właśnie te wyzwania sprawiają, że koordynatorka Wymiennikowni nieustannie podnosi swoje kompetencje, by jeszcze lepiej zrozumieć i właściwie wspierać młodych w wyzwaniach, z którymi się zmagają. – Jednostka, w której pracuję, Laboratorium Innowacji Społecznych, daje mi przestrzeń na rozwój. Dzięki tej możliwości ukończyłam kurs pomocy socjoterapeutycznej dzieciom i młodzieży z rodzin z problemem alkoholowym, dzięki któremu nauczyłam się nie tylko tego, jak rozmawiać z młodymi o trudnościach, ale również tego, jak zadbać
o samą siebie i nie wypalić się jako pracownik społeczny.

Kompetencje i predyspozycje do tej pracy nie odcinają jednak od trudnych sytuacji. – Mimo nabytej wiedzy o tym, jak budować własne granice i nie wracać z cudzymi problemami do domu, dalej jestem osobą bardzo wrażliwą i empatyczną, czasem trudno mi także zachować obiektywizm. Wydaje mi się, że każda osoba pracująca na co dzień z w obszarach prospołecznych, wie o czym mówię. Ale zdecydowanie zamiast o tych trudnych sytuacjach, wolę rozmawiać i myśleć o tych fajnych. Jest ich też zdecydowanie więcej. Zresztą wystarczy do nas wpaść, żeby od razu poczuć, że to fajne miejsce.

Dla kogo w zasadzie jest Wymiennikownia? Dla młodych, którzy szukają swojego miejsca.  – W WM można realizować swoje zajawki, brać udział w zajęciach i warsztatach. Można również samemu je poprowadzić, by sprawdzić się w roli lidera, nabrać kompetencji organizacyjnych i budować odpowiedzialną postawę.

Martyna Winnicka podkreśla, że w Wymiennikowni można znaleźć także sporo przestrzeni na proponowane przez młodzież działania. – Nasze centrum młodzieżowe ma 300 metrów kwadratowych i każdy znajdzie tu coś dla siebie: mamy salę taneczną z lustrami, pokój ciszy, w którym można odrobić lekcje, popracować czy po prostu porozmawiać, kuchnię, w której każdy może napić się kawy i herbaty, coś pogotować. W naszej przestrzeni znajduje się dużo artykułów plastycznych i sportowych do użytku uczestników. Mamy książki, filmy dvd i gry planszowe. Niektóre rzeczy można również od nas bezpłatnie wypożyczyć. To miejsce, w którym każdy znajdzie coś dla siebie.

Co ważne do Wymiennikowni można po prostu przyjść. Posiedzieć. Pomyśleć. Pogadać. A czasem po prostu być. I to też jest potrzebne.

Bohaterka “Twarzy Pomagania” mówi, że cały zespół Wymiennikowni stara się stworzyć w tym miejscu pozytywną atmosferę, zachęcającą do spędzania tam czasu/fot. archiwum prywatne

– Budujemy wspólnie atmosferę, w której każdy może czuć się swobodnie i bezpiecznie. Wspieramy również młodych w działaniach prospołecznych i obywatelskich. Zachęcamy do działań, do wolontariatu, a także zawiązywaniu i wspieraniu inicjatyw oddolnych. Wystarczy do nas przyjść i… to tyle! – dodaje Martyna.

Szczegóły dotyczące Wymiennikowni oraz prowadzonych aktualnie działań można znaleźć na stronie: https://wymiennikownia.org/ oraz na facebookowym profilu organizacji.

Cykl „Twarze pomagania powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności.

Twarze Pomagania: ksiądz Jacek Socha

– To nie ja obmyślam kolejne działania, to życie przynosi potrzeby, a my na nie reagujemy – zastrzega ks. Jacek Socha, proboszcz parafii św. Mikołaja. Ale to dzięki niemu 13 lat temu w Chyloni powstało Stowarzyszenie Świętego Mikołaja Biskupa, prowadzące dziś klub rodzica, placówkę wsparcia dziennego dla młodzieży i dzieci, klub seniora i kulinarną spółdzielnię socjalną. Do tego: grupy wsparcia, lekcje języka polskiego dla obcokrajowców, Zupę Chylońską i wiele innych działań… To o nich opowiada bohater dzisiejszej odsłony cyklu „Twarze Pomagania”.

Ksiądz Jacek Socha/fot. Dawid Linkowski

W latach 2004-2009 ksiądz Jacek Socha był duszpasterzem w parafii na gdańskim Ujeścisku. Podczas którejś z rozmów z Aleksandrą Karasowską, psychologiem i superwizorem, usłyszał od niej o działającym w Rudzie Śląskiej Stowarzyszeniu św. Filipa Nereusza, wspierającym osoby w każdym wieku, które zmagają się z różnymi życiowymi problemami. To m.in. rodziny potrzebujące pomocy w codziennym funkcjonowaniu, osoby ubogie czy w kryzysie bezdomności.

Zastanawiałem się wtedy, dlaczego mi o tym opowiada? Przecież pracuję w nowej dzielnicy, tu są zupełnie inne wyzwania… – przyznaje ksiądz Jacek Socha, proboszcz parafii św. Mikołaja w Gdyni -Chyloni. – Krótko po tym dostałem propozycję objęcia parafii w Chyloni i już wiedziałem, po co mi była ta rozmowa.

W nowej parafii czekały na księdza z jednej strony osoby zaangażowane i chętne do tego, by działać, z drugiej: parafianie w trudniejszej sytuacji, którym potrzebna była pomoc w wyjściu na życiową prostą. Krótko po objęciu przez księdza Jacka Sochę stanowiska proboszcza do Chyloni przyjechali przedstawiciele śląskiego stowarzyszenia. Przybliżyli swoją działalność, przeprowadzili warsztaty, zainspirowali. – Zobaczyłem zapał ludzi, którzy słysząc o tym co się dzieje na Śląsku uznali, że chcieliby coś podobnego robić tutaj, w Chyloni – mówi ksiądz proboszcz. – A dla mnie było oczywiste, że skoro są ludzie, którzy chcą coś robić ze mną, to ja chcę wyjść temu naprzeciw. Zacząłem poznawać też tych, którzy mieli ogromne potrzeby: dzieci, młodzież i dorosłych. To, co stało się potem, to taki efekt kuli śnieżnej…

W grudniu 2009 roku powołano Stowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa. Jedną z jego współzałożycielek została pani Aleksandra Karasowska. Powstały klub seniora oraz świetlica socjoterapeutyczna i Klub Młodzieżowy (dziś obie te rzeczywistości tworzą Placówkę Wsparcia Dziennego SPOT Mikołaj Alternative). Było jasne, że na nich się nie skończy.

By dotrzeć do dzieci, by zachęcić je do przyjścia na zajęcia organizowane przez Stowarzyszenie, jego przedstawiciele spotykali się w szkołach z nauczycielami i pedagogami jako z tymi, którzy najlepiej znają potrzeby uczniów. Trudniej było z młodzieżą, wielu wątpiło w powodzenie klubu młodzieżowego w parafii. Efekty przyniosła metoda „kropla drąży skałę”: jedna osoba przyciągała kolejną, mówiąc „przyjdź, jest fajnie”.

Młodzież przekonywała się do nas powoli – przyznaje ks. Jacek Socha. – Wyczuwali, na ile mogą być sobą, czy to miejsce jest przyjazne, czy daje im poczucie bezpieczeństwa. I okazało się, że to nie jest siara chodzić do klubu przy kościele. Miejsce jest ważne, przestrzeń w której młodzi ludzie przebywają jest ważna, ale najważniejsze są relacje. Gdy młodzi wyczują, że wychowawca jest dla nich kimś ważnym i dobrym, to jego obecność przyciąga. Teraz wręcz nie jesteśmy w stanie przyjąć wszystkich chętnych. A dorośli dziś absolwenci klubu młodzieżowego lubią do nas przyjść i opowiedzieć co u nich słychać. To sukces i satysfakcja widzieć, jak młodzi ludzie się rozwijają. Dzięki temu, czego ich uczymy, łatwiej im odnaleźć się w życiu.

W klubie dla młodzieży działają dwie grupy: młodsza i starsza, dzięki czemu niektórzy z czasem przechodzą z jednej do drugiej. Spędzają w stowarzyszeniu wiele lat; granicą jest pełnoletność.

Z czasem okazało się, że aby skutecznie wspierać dzieci i młodzież, trzeba pracować z całą rodziną. I tak powstał Klub Rodzica. Zaczęło się od nawiązywania relacji z rodzicami, którzy odprowadzali dzieci do świetlicy; niezobowiązujące spotkania przy kawie i herbacie stały się dobrą bazą do wspólnego działania. W czerwcu Klub Rodzica zorganizował charytatywny festyn – kolejne z wielu przygotowanych razem wydarzeń.

To bardzo dobre widzieć, jak odkrywają w sobie nieuświadomione do tej pory umiejętności, jak doświadczają wspólnoty z innymi – zauważa ks. Jacek Socha.

Ksiądz Jacek Socha/fot. Dawid Linkowski

Z rodzicami w klubie pracuje Anna Matłosz. Większość osób to mamy, ale przychodzą też ojcowie. Razem wyjeżdżają na warsztaty, rekolekcje, realizują wspólne aktywności na miejscu nabywając dzięki temu nowych umiejętności i kompetencji.

Klub seniora, który prowadzi Małgorzata Chojnowska, spotyka się w każdą środę. Zjawiają się goście – prelegenci mówiący na interesujące seniorów tematy, jak zdrowie czy historia. Są też wycieczki. Przeważnie jednodniowe, ale we wrześniu czeka ich wyjazd na kilka dni do Poronina w Tatrach.

Klub seniora liczy około 40 regularnych uczestników, do świetlicy i Klubu przychodzi około 50 dzieci i młodzieży, w klubie rodzica jest około 20 osób.

Gdy spotykamy się na Wigilii zaczyna brakować miejsca. Bardzo się z tego cieszę. – uśmiecha się ksiądz proboszcz. – Przychodzą całe rodziny, jest nas ponad setka. To, że mogą usiąść razem przy stole, okazało się czymś niezwykle ważnym. Wiele rodzin nie ma doświadczenia bycia razem i tego też się uczymy.

Od pewnego czasu bardzo ważne jest dla księdza rozwijanie działalności grup wsparcia. Dziś przy parafii działają dwie grupy anonimowych narkomanów, dwie grupy anonimowych alkoholików i jedna anonimowych depresantów. – To potężna praca – podkreśla ksiądz Jacek Socha. – To, co się dzieje podczas mityngów, jest bardzo prawdziwe. W grupach wsparcia bardzo często są osoby spoza Chyloni, osobom uzależnionym dużo łatwiej uczestniczyć w takich spotkaniach w innej dzielnicy niż ta, w której mieszkają. Jestem członkiem Gminnej Komisji Przeciwdziałania Problemom Alkoholowym: propagowanie grup pomocowych widzę jako swoją część pracy w niej. Parafia jest naturalnym środowiskiem, w którym to się może dziać. Mamy dobre warunki lokalowe. Być może grupy się rozwiną. Myślę o grupie wsparcia dla DDA lub Al-Anon, bo w okolicy takich nie ma.

I wreszcie: Spółdzielnia Socjalna „Dobre Miejsce”, najnowszy projekt stowarzyszenia i parafii. – To też naturalna kolej rzeczy: zastanawialiśmy się jak pomóc niektórym naszym rodzicom w zdobywaniu pracy – i tak się narodził projekt kulinarnej spółdzielni socjalnej – mówi ksiądz. – Zaczęliśmy od kupienia foodtracka, który służy nam do dziś, choć potrzebuje dużego remontu. Nastawiliśmy się na produkcję kuchni cateringowej. Dostaliśmy duże finansowe wsparcie od Lions Clubu. Pomógł nam wyremontować piwnicę pod plebanią, dzięki czemu stała się profesjonalną kuchnią. Przygotowujemy catering na zamówienie, wkrótce foodtruck stanie blisko bulwaru. W spółdzielni pracuje teraz pięć osób. Jest jednak plan zatrudnienia kolejnych, bo czeka nas więcej pracy.

W środy spółdzielnia gotuje zupę dla potrzebujących (to m.in. osoby w kryzysie bezdomności), wydawaną przy kościele. W soboty, gdy z Zupy Chylońskiej korzysta więcej osób, gotują ją (rotacyjnie) grupy wolontariuszy z parafii. – Dzięki temu mamy bezpośredni kontakt z osobami w kryzysach. Próbujemy z nimi trochę pracować; w lipcu po raz trzeci jedziemy z nimi na jednodniową pielgrzymkę autokarową – mówi ksiądz proboszcz. – Jest część religijna, ale też okazja do bycia razem, posłuchania tych osób i ich historii. To bardzo zmienia moją perspektywę.

Co jeszcze? Parafia przyjęła trzy panie – seniorki z Ukrainy, dwie z nich podjęły w domu parafialnym  prace użyteczne społecznie. Dla osób z Ukrainy, które mieszkają na Chyloni, zorganizowano w parafii kursy języka polskiego. Jest też, działający do dziś, magazyn z odzieżą dla osób w kryzysie uchodźczym.  

W Stowarzyszeniu św. Mikołaja są zawodowi, świetni wychowawcy, ale ks. Jacek przyznaje, że gdyby nie wolontariusze ciężko byłoby sobie wyobrazić działalność na taką skalę. Zgłaszają się sami: przychodzą i deklarują, że chcą coś robić. Czasami panie, już babcie dla swoich wnuków, pomagają odrabiać lekcje. Jedno z pierwszych przedsięwzięć Stowarzyszenie nazwało „Drzewa łączą pokolenia”. Szukano miejsca, w którym uczestnicy zajęć mogliby spędzać czas na świeżym powietrzu. Zaadaptowano ogród za plebanią: projekt przygotowali razem seniorzy i dzieci.

W parafii św. Mikołaja pracuje sześciu księży. Wśród nich jest poprzedni proboszcz – ksiądz Ludwik. – Zawsze mówię, że wszedłem do jadącego pociągu; zastałem tę parafię całkiem zaangażowaną – podkreśla ks. Jacek Socha. – Ksiądz Ludwik też angażował mieszkańców, miał pomysł na parafię wspólnotową. Zaczynał w roku 1983, w trudnym czasie i w nie najłatwiejszych warunkach: mały kościółek, wielkie osiedle, stara plebania. Ale z czasem stworzył warunki komfortowe do tego, żeby możliwa była działalność na skalę taką, jak dziś.

„Prawą ręką” księdza proboszcza w pracy z młodzieżą jest ksiądz Grzegorz. Parafia realizuje projekt nowego bycia z młodymi ludźmi w kościele; bo jak mówi ksiądz proboszcz dziś jest kryzys młodzieży w Kościele. W Chyloni do formacyjnej pracy z młodymi ludźmi zaangażowani są dorośli, małżeństwa ze wspólnot, które przyjmują „pod swoje skrzydła” ośmioro młodych, przygotowujących się do Bierzmowania.

Wszystko to, co dla mieszkańców Chyloni robi parafia i Stowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa doskonale komponuje się z działaniami rewitalizacyjnymi prowadzonymi tu od ponad dekady przez gdyński samorząd.

Ksiądz Socha: – Pamiętam, że na pierwszy festyn, który zrobiliśmy jako stowarzyszenie w 2010 roku, ktoś z Urzędu Miasta przyniósł tablice, na których był projekt tego, jak zmieni się osiedle. Przyglądaliśmy się, trochę nie wierzyliśmy… Z naszymi działaniami wpisaliśmy się w projekt rewitalizacji społecznej. Zmiany w przestrzeni i praca z mieszkańcami muszą iść równolegle, tylko wtedy mają sens.

Równie ważna jest tu współpraca: ze szkołami, z Radą Dzielnicy, z mieszkańcami. – Życzę sobie ciągłego spotykania ludzi, którzy mają zapał do tego, by coś robić. Bardzo mnie podnosi na duchu,  gdy spotykam ludzi,  którzy czegoś chcą, a ja mogę to z nimi robić – przyznaje ks. Jacek. – To dla mnie bardzo wzmacniające: spotykać ludzi z szerokimi horyzontami, którzy czegoś mnie nauczą. Czasami żartując mówię, że jestem od tego, żeby „otwierać drzwi”. Nie muszę wszystkiego sam wymyślić, nie chcę kontrolować. Uczę się, by tego nie robić i gdy widzę, że ta metoda się sprawdza lubię zostawić miejsce komuś innemu: żeby działał, żeby był odpowiedzialny. Napawa mnie siłą i energią gdy widzę, że ktoś się realizuje. Takie zaufanie to ryzyko, bo nie raz się człowiek sparzy, ale wyciąga się naukę i idzie dalej. W gruncie rzeczy chodzi o to, „by przekazywać dobro dalej”.

Więcej o działalności Stowarzyszenia Świętego Mikołaja Biskupa na stronie https://bpmikolaj.pl/

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

Droga Użytkowniczko, Drogi Użytkowniku portalu internetowego www.urbanlab.gdynia.pl

Uprzejmie informujemy, że od 25 maja 2018 r. obowiązuje tzw. RODO, czyli Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE. Nowe prawo wprowadza zmiany w zasadach regulujących przetwarzanie danych osobowych.

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Szczegółowe zapisy znajdziesz w nowej polityce prywatności portalu internetowego www.urbanlab.gdynia.pl. Jednocześnie informujemy, że Państwa dane są przetwarzane w sposób bezpieczny, z należytą starannością i zgodnie z obowiązującymi przepisami.