URBAN LAB

Miejsce spotkań mieszkańców, aktywistów i urzędników, którzy wspólnie wypracowują i wdrażają rozwiązania odpowiadające na wyzwania stojące przed Gdynią.

Organizacja charytatywnych bazarków, działania na rzecz lokalnej społeczności, włączanie się w akcje pomocowe, a do tego jeszcze wychowywanie dzieci i praca zawodowa – to wszystko obowiązki Judyty Bork, gdynianki, która nie tylko zaraża swoim entuzjazmem, zaangażowaniem i pozytywnym nastawieniem, ale przede wszystkim niesie sporo dobrego.
Od niemal trzydziestu lat działają na rzecz gdyńskich seniorów. Nie tylko organizują im czas, zachęcają do aktywności, czy pokonywania kolejnych barier, ale przede wszystkim integrują, a niekiedy nawet… łączą w pary. Klub Seniora „Iskierka” to wyjątkowe miejsce na mapie Gdyni, które powstało dzięki zaangażowaniu i pracy wyjątkowych osób.
Do pracy. Do żony lub męża. Żeby zacząć nowe życie. Powodów, dla których do Gdyni przyjeżdżają obcokrajowcy jest tyle, ile osób decydujących się na pozostanie w naszym mieście. Niezależnie jednak od powodu, zawsze można liczyć na wsparcie zespołu Punktu Informacyjnego dla Cudzoziemców gdyńskiego MOPS. O jego pracy – w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.
Wyprowadzają psy na spacer, socjalizują, karmią i myją. Pokazują im, że ludzka dłoń przyjemnie gładzi sierść. Że człowiek to całkiem niezły towarzysz wypraw. Że schronisko nie musi być trudnym obozem przetrwania, tylko miejscem, które przypomina kochający dom. Poznajcie Ewę Nosowską-Wichert i Karolinę Kokot, wolontariuszki z gdyńskiego schroniska OTOZ Animals – Schronisko “Ciapkowo”.
Jest w Gdyni takie miejsce: spółdzielnia socjalna działająca przy parafii św. Mikołaja na Chyloni, z kuchnią cateringową i własnym foodtruckiem. Do 23 września foodtruck parkuje w alei Topolowej, a w menu ma półmetrowe zapiekanki i hot dogi według autorskiego przepisu. W dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania” odwiedzamy „Dobre Miejsce”.
UrbanLab Gdynia był gospodarzem partnerskiej wizyty studyjnej przedstawicieli Urzędu Miasta Stalowa Wola. Spotkanie było okazją do wymiany doświadczeń, informacji, a także dobrych praktyk.
z Gdyni inicjuje przedsięwzięcia, które mają na celu przede wszystkim tworzenie przyjaznych przestrzeni wspólnych, a także ochronę natury i pielęgnację zieleni. Pojawił się jednak niespodziewany efekt tych działań: poprawa stosunków sąsiedzkich i budowa trwałych przyjaźni, które wyrosły na gruncie wspólnego dbania o najbliższe otoczenie.
się uda ją przejść – można wiele osiągnąć. Właśnie dzięki zdobytemu zaufaniu Anna Matłosz, socjoterapeutka z Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni, pomaga dzieciom i młodzieży z rewitalizowanego osiedla Zamenhofa – Opata Hackiego rozwijać się i odważnie myśleć o przyszłości. O tym, na czym ta praca polega, w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.
Gdy w ubiegłym roku Zespół Teatru Gdynia Główna przez kilka tygodni towarzyszył uczniom SP nr 47 z doświadczeniem migracyjnym nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że do powstającego na tej kanwie scenariusza życie dopisze kolejne rozdziały. W efekcie tamtych rozmów, spacerów, wzajemnego poznawania się i budowania zaufania powstał niezwykły spektakl: opowieść młodych ludzi o tym, jak trudno znaleźć się w nowym mieście i zaczynać od zera, o niezrozumieniu – również dosłownym, o tęsknocie i nadziei. To też opowieść o tym, jak wiele teatr może zmienić. Spektakl będzie można zobaczyć już w środę i czwartek, 10 i 11 sierpnia, w ramach Festiwalu „Pociąg do Miasta”.
Gdyby ktoś zapytał: „Co jest ważne przy przeprowadzce do innego kraju” zapewne większość z nas odpowiedziałaby „Formalności”. Ale czy nie równie istotne jest poznanie naszych nowych sąsiadów? Ich języka, kultury i zwyczajów, by lepiej się zrozumieć, by mieć wokół siebie życzliwych ludzi, by te pierwsze dni w nowym miejscu były prostsze? W przejściu przez tę zmianę pomagają Sviatlana Rasliakova i Izabela Rutkowska: animatorki integracji międzykulturowej w Laboratorium Innowacji Społecznej w Gdyni. O ich pracy – w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.

Twarze Pomagania. Judyta Bork: „Aktywistą się po prostu jest”

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Z10_7536-1024x682.jpg
Judyta Bork prowadzi liczne akcje charytatywne i angażuje do działania innych/fot. Dawid Linkowski

Organizacja charytatywnych bazarków, działania na rzecz lokalnej społeczności, włączanie się w akcje pomocowe, a do tego jeszcze wychowywanie dzieci i praca zawodowa – to wszystko obowiązki Judyty Bork, gdynianki, która nie tylko zaraża swoim entuzjazmem, zaangażowaniem i pozytywnym nastawieniem, ale przede wszystkim niesie sporo dobrego.

Judyta pomaga… właściwie od zawsze. – Odkąd sięgam pamięcią, jestem zaangażowana w organizowanie pomocy dla osób w potrzebie – mówi. I dodaje, że zaczynała od wszystkim dobrze znanych ogólnopolskich akcji. W znane nam wszystkim większe inicjatywy o charakterze charytatywnym, tj. WOŚP czy Góra Grosza, włączyłam się w szkole średniej. Po narodzinach syna, który borykał się z niepełnosprawnością, kontynuowałam rolę społecznika, pisałam pisma procesowe, odwołania, organizowałam paczki świąteczne i wyprawki szkolne dla osób, które znajdowały się w kryzysie.

Judyta organizuje dobrze znany w całej Polsce Bazarek charytatywny na rzecz hospicjum. Bazarek działa w mediach społecznościowych i przynosi spektakularne efekty. Na grupie jest ponad osiem tysięcy aktywnych członków, którzy chętnie włączają się w licytację. Zysk trafia bezpośrednio na konto hospicjum. Sama Judyta, choć nie miała wcześniej żadnego doświadczenia w podobnych akcjach, postanowiła spróbować. – Hospicja są dofinansowane do 40 proc. przez NFZ, a niektóre nie mają w ogóle takiego szczęścia i są pozostawione same sobie. Dlatego tak aktywnie działamy z Załogą Bazarku, by nieść pomoc w zaspokajaniu podstawowych potrzeb naszych przyjaciół, podopiecznych hospicjów, z którymi współpracujemy.

Między innymi za aktywną działalność na rzecz hospicjum głosami publiczności została nagrodzona statuetką „Człowieka bez barier 2017” pisma „Integracja”. Podczas odbioru nagrody na gali mówiła, że chciałaby, aby ta nagroda zwróciła uwagę przede wszystkim na problem, którym się zajmuje – niedofinansowanie hospicjów. – Temat nie jest zbyt medialny, trudno się z nim „przebić”, bo przeważnie unikamy rozmów o umieraniu, choć przecież dotyczy ono każdego z nas… – wyjaśniała

Działalność naszej rozmówczyni została doceniona kilkukrotnie – oprócz wspomnianej wyżej, zdobyła również m.in. Nagrodę Publiczności w konkursie na bohatera lub bohaterkę Gdyni. – Najczęściej w moje ręce trafiały nagrody od publiczności. To bardzo motywujące! Dzięki takim wyróżnieniom wiem, że moja praca jest ważna i ma duże znaczenie dla osób, które spotykam na swojej drodze – mówi laureatka i podkreśla, że ludzie, dla których zrobiła wiele dobrego, też są dla niej ogromnym wsparciem. Łatwiej jest realizować dany cel, gdy ma się świadomość, że za plecami stoi tłum ludzi, na których wsparcie można liczyć w każdej sytuacji. Nie czuję się adresatką tych wyróżnień, lecz reprezentantką grupy ludzi, którym przyświeca ten sam cel – pomoc bliźnim.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie f902431959eeff9cfc47e8fc7fdf3330-683x1024.jpg
Judyta z nagrodą „Człowiek bez barier 2017”, fot. Marta Kuśmierz/Cegiełka/gdynia.pl

Nasza rozmówczyni działa w obszarze, który wiele osób określiłoby jako… trudny. Mało kto chce bowiem rozmawiać o chorobie czy śmierci. Judyta nie ukrywa, że pewne sytuacje wpływają także na nią. – Kilka lat temu borykałam się z bardzo silną depresją. W procesie mojego leczenia ważnym elementem była opieka psychiatry i psychologa, to jednak nie wystarczało, abym mogła wrócić do pełni zdrowia. Może to zabrzmi dziwnie, ale sens życia odnalazłam u boku umierających ludzi.– mówi. – Czas, energia i zaangażowanie, które podarowałam pacjentom hospicjów, ostatecznie postawiły mnie na równe nogi. Pomoc innym, pomogła mi, nie mam zamiaru z tego rezygnować, co więcej, czuję, że mam do spłacenia spory dług wdzięczności. Obszar mojej działalności jest faktycznie trudny, przemijanie i ulotność życia to temat, z którym wiele osób nie może sobie poradzić. Wolontariat na rzecz hospicjum poniekąd oswaja te myśli, i pozwala zaakceptować to, co nieuchronne.

Działania na rzecz hospicjum to jedno. Judyta Bork angażuje do działania sąsiadów oraz mieszkańców Oksywia. W ostatnich miesiącach zmobilizowała wiele osób do włączenia się w akcje pomocowe na rzecz uchodźców z Ukrainy. Jak sama przyznaje, jest z tego powodu dumna. – Czuję przede wszystkim dumę. Przez ponad pół roku Przystań Śmidowicza 49 pełniła funkcję azylu dla obywateli Ukrainy. Naszym Sąsiadom z dzielnic północnych należą się wyrazy wdzięczności, podziękowania i wyrazy uznania dla nich jako społeczności. Skala pomocy, którą podarowali uchodźcom, była potężna i piękna, a ich mobilizacja przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. W tym wszystkim znaleźli jeszcze przestrzeń na troskę o nas – pracowników Przystani. To wsparcie było bardzo budujące, zapamiętam je i na pewno będę w sobie pielęgnować.

Dom Sąsiedzki w Przystani Śmidowicza 49 to miejsce, w którym Judyta pracuje zawodowo. – Uważam, że na dzień dzisiejszy jestem w dobrym miejscu. Uwielbiam pracę z ludźmi i dla ludzi. Przystań faktycznie daje mi możliwości i narzędzia do tego, aby taką pracę wykonywać – mówi. Poza tym, pracuję w Domu Sąsiedzkim, czyli najlepszym miejscu dla społecznika – uśmiecha się.

Choć Judyta nie narzeka na brak obowiązków, w wolnych chwilach szydełkuje. Robótki ręczne to moja pasja, terapia i rehabilitacja – takie 3 w 1 – mówi Judyta. I jak na prawdziwą społeczniczkę przystało, swoją pasję też przekuła w coś dobrego. – Poza tym, że dzielę się zdobytymi umiejętnościami, przekazując swoje prace na bazarki charytatywne, cyklicznie spotykam się z mieszkańcami Oksywia w Przystani, po to, by zaszczepić w nich nową pasję, oraz płynące z niej korzyści.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Z10_7534-768x1024.jpg
Wielką pasją bohaterki cyklu “Twarze Pomagania” jest szydełkowanie/fot. Dawid Linkowski

Judyta została także autorką znaku rozpoznawczego hospicjum, Hospicjusza, choć jak skromnie przyznaje, była to praca zespołowa. – Trudno powiedzieć, kto tak naprawdę wymyślił Hospicjuszka. To znów praca zespołowa. Nawet jego imię wybieraliśmy w gronie kilkuset osób.

Co ważne, Judyta podkreśla, że dobre postawy warto krzewić już od najmłodszych lat. To dlatego chętnie pokazuje swoim dzieciom, jak zrobić coś dobrego dla innych. – Moje dzieci chętnie angażują się w działania, które wymyśli mama. Organizacja sąsiedzkich pikników, festynów, spotkań dla wolontariuszy hospicjów, pomoc przy promocji projektu dotyczącego placu zabaw na ulicy Arciszewskich – w tych wszystkich inicjatywach mnie wspierają. To ważne, aby młodym ludziom wskazać ważne w życiu wartości. Jedną z nich, jest brak obojętności na krzywdę drugiego człowieka.

Pomimo wielu prowadzonych działań i czasem zmęczenia, Judyta podkreśla: – Aktywistą po prostu się jest, myślę, że to cecha charakteru.

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności.

Twarze Pomagania. „Iskierka” rozgrzewa seniorów z Karwin

Od niemal trzydziestu lat działają na rzecz gdyńskich seniorów. Nie tylko organizują im czas, zachęcają do aktywności, czy pokonywania kolejnych barier, ale przede wszystkim integrują, a niekiedy nawet… łączą w pary. Klub Seniora „Iskierka” to wyjątkowe miejsce na mapie Gdyni, które powstało dzięki zaangażowaniu i pracy wyjątkowych osób.

Spotkanie z okazji Srebrnych Godów klubu. Seniorzy wyjechali do Bieszkowic

– Ten klub to takie moje dziecko – mówi pan Józef Rybka, który od lipca 2003 roku pełnił tam funkcję prezesa. Obecnie pan Józef, jak sam mówi „oddał tę funkcję młodszym”. Sam jednak wciąż angażuje się w działania na rzecz klubu i pełni funkcję wiceprezesa.

„Iskierka” istnieje na mapie Gdyni od 26 maja 1993 roku. Działa przy Spółdzielni Mieszkaniowej „Karwiny”. Pan Józef wspomina, że gdy klub rozpoczynał swoją działalność, on w spółdzielni pracował. – Byłem pracownikiem tego miejsca, ale zdarzało się, że jednego dnia miałem i dyżur w pracy, i później puszczałem muzykę w klubie – uśmiecha się. Nie było to jednak takie proste. I wcale nie dlatego, że trzeba było połączyć obowiązki. Raczej dlatego, że cały sprzęt pan Józef musiał przynieść… z domu.

– O, to nie było takie hop siup. Musiałem to wszystko przynieść, podłączyć, sprawdzić, czy gra. A po wieczorku rozmontować i zabrać – dodaje nasz rozmówca. Ale opłacało się, bo dziś Klub Seniora „Iskierka” to prawdziwa mekka dla fanów potańcówek i dansingów.

Józef Rybka wspiera klub od samego początku. Seniorzy mówią, że jest dobrym duchem tego miejsca//fot. Dawid Linkowski

Nasz klub jest czynny w soboty i jest znany z tego, że u nas jest zawsze wesoło i głośno – mówi pani Grażyna Sekuła, która od kwietnia br. pełni funkcję prezesa „Iskierki”. I rzeczywiście, panuje tutaj iście imprezowy klimat. Co sobotę w klubie spotyka się nawet pięćdziesiąt osób. – A jak ktoś mi usiądzie na kolana, to i pięćdziesiąt jeden się zmieści – śmieje się pan Józef. – Mamy kulę dyskotekową i sprzęt grający. Jest wszystko to, co potrzebne do zorganizowania dobrej zabawy – dodaje Józef Rybka. – A ja wciąż chętnie puszczam muzykę i zabawiam gości!

Nasi seniorzy są bardzo zaangażowani w cotygodniowe sobotnie dancingi. To był ten aspekt, którego bardzo brakowało im podczas pandemii, kiedy klub był zamknięty – wyjaśnia Grażyna Sekuła.

Ale nie tylko dancingi przyciągają seniorów do „Iskierki”. Kluczem, dla którego to miejsce jest tak chętnie odwiedzane, jest rodzinna atmosfera.

– U nas jest jak w domu – mówi pan Józef. – My tu organizujemy urodziny, imieniny, kilka par się tutaj poznało, mamy nawet małżeństwa, które się tutaj w sobie zakochały. I zakochują się wciąż, tworzą się nowe pary.

I choć dziś „Iskierka” tętni życiem, nie zawsze było tak łatwo. – Początki, jak to początki, bywają trudne – uśmiecha się pan Józef. – Jak zaczynaliśmy, to było nas tutaj może ze 30 osób. Żeby pokazać innym, że tutaj działamy, rozwieszaliśmy na słupach ogłoszenia. A jak już ogłoszenia poskutkowały i przyszło więcej osób, to pojawił się nowy problem. Nie mieliśmy szklanek! Trzeba było to wszystko przynieść z domu. A jak już były szklanki, to wody nie było gdzie zagotować i chodziliśmy po sąsiedzku z prośbą – wspomina nasz rozmówca.

Trudno, by atmosfera nie była iście domowa, skoro w „Iskierce” pojawiają się tak zaangażowane osoby. Józef Rybka jest prawdziwym dobrym duchem tego miejsca. – On tutaj wszystko ogarnia, wszystko o tym klubie wie – śmieją się seniorzy, z którymi miałam okazję porozmawiać. I rzeczywiście, pan Józef jest prawdziwą skarbnicą wiedzy o klubie i jego historii.

Uroczystość 25-lecia Klubu Seniora “Iskierka”. Od lewej: Józef Rybka, prezes Klubu Seniora “Iskierka”, Halina Rybka, jego żona, Bożena Zglińska, dyrektor Centrum Aktywności Seniora w Gdyni, Michał Guć, wiceprezydent Gdyni

Teraz funkcję prezesa przejęła pani Grażyna Sekuła. – Kocham ludzi w starszym wieku, lubię im pomagać, organizować dla nich wydarzenia. Do naszego klubu przychodzą niesamowite osoby, a każda zostawia tutaj cząstkę siebie.

Pani Grażyna wcześniej pracowała w domu opieki przy ulicy generała Maczka. Teraz stara się pokazać seniorom, że można aktywnie spędzać czas. – Bardzo staramy się robić wszystko, co pozwoli mieszkankom i mieszkańcom na integrację. Wyjazdy, wycieczki, grzybobrania, czy dancingi co sobotę to tylko część rzeczy, które proponujemy naszym seniorom.

Grażyna Sekuła (pierwsza z lewej) od kwietnia br. szefuje “Iskierce”

Nasza rozmówczyni wyjaśnia, że seniorzy bardzo lubią zorganizowane wspólne wycieczki. – Tylko ostatnio odwiedziliśmy Piaśnicę, Robakowo, czy Tuchomek.

Klub Seniora „Iskierka” w przyszłym roku będzie obchodził swoje 30-lecie. – Planujemy duże wydarzenie w maju. Powoli zabieramy się za organizację, wybieramy zaproszenia. Chcielibyśmy wyjechać do Tuchomka, ale przed nami jeszcze sporo pracy.

Planowanie tak dużej imprezy jest z pewnością miłą odskocznią od myślenia o ograniczeniach, których w ostatnim czasie nie brakowało. Te związane pandemią koronawirusa i obostrzeniami wpłynęły także na funkcjonowanie Klubu Seniora z Karwin. – To widać, że seniorom i seniorkom brakowało tych codziennych spotkań, obecności, rozmów. Po ściągnięciu obostrzeń klub się otworzył, ale wciąż się rozkręcamy. Mogę jednak powiedzieć, że to, że seniorzy za sobą tęsknili rzeczywiście widać.

Pan Józef dodaje, że w „Iskierce” spotykają się nie tylko seniorzy z Karwin. Przyjeżdżają tutaj osoby z całej Gdyni. – U nas jest po prostu najlepiej! – dodaje mężczyzna.

Klub Seniora „Iskierka” znajduje się w Gdyni przy ulicy Korzennej 15. Jest czynny w soboty od godziny 16. Klub można znaleźć także wirtualnie. „Iskierka” ma swój własny profil na Facebooku.

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

Dzięki nim łatwiej zadomowić się #wGdyni

Do pracy. Do żony lub męża. Żeby zacząć nowe życie. Powodów, dla których do Gdyni przyjeżdżają obcokrajowcy jest tyle, ile osób decydujących się na pozostanie w naszym mieście. Niezależnie jednak od powodu, zawsze można liczyć na wsparcie zespołu Punktu Informacyjnego dla Cudzoziemców gdyńskiego MOPS. O jego pracy – w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.

Zaczęło się w roku 2016, gdy – jak mówi Agnieszka Nowosad, prawnik w Punkcie Informacyjnym dla Cudzoziemców gdyńskiego MOPS – w Gdyni zaczęły się oddolne działania wspierające przybywających do naszego miasta cudzoziemców.

– To był czas, gdy pojawiały się wątki związane z relokacją uchodźców mających przybyć do Polski z Syrii. Z kolei z powodu konfliktu w Donbasie przyjeżdżało coraz więcej osób z Ukrainy – przypomina. – Pracowałam w sądzie, a poznawanie i wspieranie cudzoziemców zawsze było moją pasją. Czuję się wyróżniona, że mam gdzie żyć, gdzie mieszkać. Czuję się uprzywilejowana, że mogłam skończyć studia. Chciałam, i chcę nadal, podzielić się tym z osobami, które z powodu zewnętrznych czynników nie miały takiego szczęścia.


Agnieszka Nowosad
 poznała wówczas Beatę Świątek-Soldat z MOPS, zaangażowaną we wsparcie  cudzoziemców. Dzięki pani Beacie przez rok jako wolontariuszka miała kontakt z rodzinami wspieranymi przez ośrodek. Jako prawnik analizowała dokumenty, interpretowała przepisy, ale też pomagała w zaaklimatyzowaniu się w Gdyni.

W 2016 roku, na przeznaczonym dla urzędników sympozjum poświęconym sytuacji cudzoziemców, wyświetlono film „Mój dom – Gdynia”. Wystąpiły w nim rodziny, którym pomagały pani Agnieszka i pani Beata.

– Zaprosiliśmy je, żeby opowiedziały o swoich problemach i wyzwaniach związanych z emigracją – wyjaśnia pani Agnieszka.

W 2017 roku, z inicjatywy zawiązanej wcześniej miejskiej koalicji, powstał w Gdyni Punkt Informacyjny dla Cudzoziemców. To miejsce, do którego każdy cudzoziemiec przybywający do naszego miasta może przyjść, poczuć się bezpiecznie, opowiedzieć o swojej sytuacji – a pracownicy punktu pokierują w odpowiednie miejsce lub udzielą porady na miejscu.

Razem z punktem powstała, skierowana do cudzoziemców, zamknięta grupa na facebooku.

Jednym z jej moderatorów jest Oleksii Kushchev. W punkcie pracuje od samego początku.

Oleksii Kushchev // fot. Dawid Linkowski

Oleksii Kushchev // fot. Dawid Linkowski

– Przyjechałem do Gdyni z Ukrainy w 2015 roku – mówi. – Poznałem panią Agnieszkę Nowosad, pomagała mi w sprawach pobytowych, a później zaprosiła do współpracy jako tłumacza, na zasadach wolontariatu. Dziś jestem pracownikiem punktu i zamierzam tu zostać.

Od kilkunastu miesięcy Punkt Informacyjny dla Cudzoziemców działa przy ul. Wolności 11, w siedzibie w Zespole Intensywnej Pracy Socjalnej MOPS. Rocznie poradę uzyskuje tu średnio 500 osób. Cudzoziemcy przychodzą osobiście, dzwonią, piszą maile, zadają pytania na grupie na fb.

Dagmara Sroczyńska // fot. Dawid Linkowski

Iryna Malinowska // fot. Dawid Linkowski

– Udzielamy porad przede wszystkim na temat pobytu w Polsce, legalizacji pracy. Ale podpowiadamy też w sprawach związanych z codziennością. Informujemy o ofercie, jaką Gdynia przygotowała dla cudzoziemców, np. o sklepikach społecznych, nauce języka polskiego, o działalności centrów sąsiedzkich Przystań czy stowarzyszenia Gaudium Vitae. Są osoby, które przychodzą do nas tylko po poradę, na przykład po pomoc w wypisaniu wniosku i już nie wracają. Są i tacy, którzy potrzebują dłuższego wsparcia; np. podczas konsultacji z prawnikiem – informuje Dagmara Sroczyńska, pracownik socjalny MOPS w Gdyni. – Prowadzę indywidualne programy integracji przygotowane dla osób, które uzyskają status ochrony uzupełniającej bądź uchodźcy. Od zeszłego roku ich liczba rośnie. W punkcie udzielam też informacji na temat możliwości uzyskania wsparcia finansowego.


Iryna Malinowska
, konsultantka ds. cudzoziemców, współprowadzi punkt informacyjny i koordynuje pion wsparcia imigrantów przy Zespole Intensywnej Pracy Socjalnej MOPS.

Iryna Malinowska // fot. Dawid Linkowski

Dagmara Sroczyńska // fot. Dawid Linkowski

– Tu nie ma sytuacji standardowych. Nasza pomoc jest skrojona na miarę, bo każda sytuacja z którą się spotykamy jest bardzo indywidualna – podkreśla. – Dzięki osobom, które do nas przychodzą, my też się rozwijamy, bo dowiadujemy się wielu rzeczy.

Dodatkowo, pani Iryna i pan Oleksii wspierają jako tłumacze pracowników socjalnych, pomagają pracownikom innym instytucjom. Tłumaczą na ukraiński, rosyjski, angielski. Ale w zespole jest też tłumacz języka dari, paszto i perskiego. Wspiera w pracy z rodzinami z Afganistanu.

– Współpracujemy z policją i sądem, z innymi zespołami MOPS, z Powiatowym Urzędem Pracy, uczestniczymy w grupach roboczych – wylicza pani Iryna. – To całe spektrum jednostek i organizacji: miejskich, rządowych, pozarządowych. Wspieramy się, wymieniamy się informacjami, obieramy wspólny kierunek działania. Jesteśmy organizatorem spotkań ogólno gdyńskiej koalicji – to kilkanaście instytucji, z którymi regularnie się spotykamy, dwa razy w roku. To instytucje które nas wspierają. Chodzi o to żeby mieć przedstawiciela każdej ważnej gdyńskiej instytucji, żebyśmy współpracowali i reagowali w nagłych sytuacjach, wymieniali się informacjami.

Nad organizacją i jakością zadań realizowanych na rzecz osób przyjeżdżających do Gdyni czuwa Dorota Oskarbska, kierownik Zespołu ds. Intensywnej Pracy z Rodziną MOPS. Jako osoba od wielu lat kierująca zespołem wspierającym rodziny w najtrudniejszej sytuacji stara się, aby dostrzegać najważniejsze potrzeby również tych najmłodszych.

Dorota Oskarbska // fot. Przemysław Kozłowski

Dorota Oskarbska // fot. Przemysław Kozłowski

– Dzieci zawsze były w centrum naszego zainteresowania. Wiemy, że sytuacja zmian, z jaką zmagają się migranci w równym, a może nawet większym stopniu, dotyka dzieci – podkreśla. – Stąd chociażby pomysł na aktywne nawiązywanie kontaktów z rodzinami, które korzystają z różnych form wsparcia i motywacja, żeby dowiedzieć się więcej o ich sytuacji, o rodzinie jako całości. Gdy ze strony odwiedzjących nas osób jest zgoda na pogłębienie relacji, pracownicy socjalni odwiedzają nowo przybyłych w miejscu zamieszkania i starają się ułożyć odpowiedni plan wsparcia.


Oleksii Kushchev
 zastrzega jednak, że nie wszyscy cudzoziemcy przyjeżdżający do Gdyni zwracają się do punktu. Ktoś zatrzyma się u znajomych, ktoś u rodziny – i z ich pomocą radzi sobie w pierwszych dniach w nowym mieście.  

Gdy pytam na ile sytuacja zmieniła się po 24.02, pani Iryna odpowiada:

– W naszych statystykach liczby osób przyjeżdzających do Gdyni na pierwszym miejscu zawsze była Ukraina, na drugim – Białoruś. Ale oczywiście, po wybuchu wojny osób z Ukrainy jest u nas dużo, dużo więcej.

Dagmara Sroczyńska dodaje, że przed ogłoszeniem w marcu 2020 roku pandemii do punktu zgłaszali się studenci z Nepalu, Mongolii, Gruzji. Zauważa, że teraz pojawiają osoby z Anglii, które po brexicie legalizują swój pobyt.

Choć z pracownikami punktu można kontaktować się na wiele sposobów, to dla obcokrajowców najważniejsza jest możliwość osobistego spotkania. W jego trakcie łatwiej o zaufanie i skrócenie dystansu.

– Osobiste spotkania są bardziej swobodne. Zdarza się, że ktoś się wzruszy czy rozpłacze. Staramy się wesprzeć dobrym słowem – podkreśla pani Dagmara. – Cudzoziemcy czują się u nas bezpiecznie, bo udzielamy porad anonimowo. Nie zbieramy i nie przetwarzamy żadnych danych osobowych.

Do grupy na facebooku należy chwili ponad trzy tysiące osób – takich, które już mieszkają lub chcą zamieszkać w Gdyni. Na fb mogą nawiązać z sobą kontakt.

 –  Zamieszczamy przydatne i ważne dla obcokrajowców informacje o zmianach w prawie, związane ze sprawami pobytowymi, o pomocy Gdyni dla obcokrajowców. Zależy nam, by obcokrajowcu jak najszybciej dostawali taką informację i mogli ją wykorzystać. Publikujemy informacje tylko o ofercie bezpłatnej – mówi Oleksii Kushchev. – To grupa zamknięta, a każdy z nas, pracowników, może ją moderować. Każda osoba, nim zostanie dodana do grupy, jest przez nas weryfikowana. Chcemy, żeby to była bezpieczna przestrzeń.

W skład miejskiej grupy wchodzą przedstawiciele Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, Wydziału Edukacji oraz Wydziału Spraw Społecznych Urzędu Miasta Gdyni, Biblioteki Gdynia, Laboratorium Innowacji Społecznych, Powiatowego Urzędu Pracy, Banku Żywności, Stowarzyszenia Gaudium Vitae, Stowarzyszenia OVUM, Szkoły Podstawowej nr 26, Muzeum Emigracji i Straży Granicznej. Warto podkreślić, że aktywnymi członkami zespołu są też obcokrajowcy, którzy już zadomowili się w naszym mieście i doskonale wiedzą, z jakimi kłopotami mogą borykać się nowo przybyli. Grupa spotyka się średnio dwa razy w roku, aby zaktualizować informacje o swoich działaniach oraz omówić konieczne zmiany w ofercie kierowanej do nowych mieszkańców Gdyni.

Punkt Informacyjny dla Cudzoziemców
ul. Wolności 11a
81-324 Gdynia
e mail: cudzoziemcy@mopsgdynia.pl
www: mopsgdynia.pl/wsparcie/wsparcie-dla-cudzoziemcow/

Cykl „Twarze pomagania powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

TWARZE POMAGANIA: CIAPKOWE PSIAKI POD DOBRĄ OPIEKĄ

Karolina Kokot (po lewej) i Ewa Nosowska-Wichert z Knofliczkiem//fot. Dawid Linkowski

Wyprowadzają psy na spacer, socjalizują, karmią i myją. Pokazują im, że ludzka dłoń przyjemnie gładzi sierść. Że człowiek to całkiem niezły towarzysz wypraw. Że schronisko nie musi być trudnym obozem przetrwania, tylko miejscem, które przypomina kochający dom. Poznajcie Ewę Nosowską-Wichert i Karolinę Kokot, wolontariuszki z gdyńskiego schroniska OTOZ Animals – Schronisko “Ciapkowo”.

Miłość do zwierząt i chęć niesienia pomocy czworonogom – to skłoniło pani Ewę do przekroczenia bram gdyńskiego schroniska w 2014 roku.

– Ludzie mówią: „ja bym nie mogła tam być, bo ja tak bardzo kocham zwierzęta”. A ja sobie wtedy myślę: „a ja nie?”. Dopóki nie trafiłam do Ciapkowa, też miałam złe skojarzenia ze schroniskami. Bo w mediach większość przekazów jest negatywna, mówi się o tych drastycznych przypadkach. O tych dobrych mowa rzadko, lub wcale – tłumaczy pani Ewa Nosowska-Wichert.

A gdyńskie „Ciapkowo” to miejsce bardzo przyjazne zwierzętom. Dbają o to nie tylko pracownicy, ale także wolontariusze, którzy wiedzą, jak to miejsce funkcjonuje od przysłowiowej kuchni. – Myślałam, że będę musiała zakasać rękawy i robić nie wiadomo co, a okazało się, że ten wolontariat dał mi świetny kontakt ze zwierzętami – mów pani Ewa i dodaje, że nie ma sztywno wyznaczonych zadań. Priorytetem jest jednak wyprowadzenie psów na spacer. – To jest zdecydowanie numer jeden, najważniejszy punkt dnia. Psów w schronisku jest dużo, pracownicy dbają, aby zwierzęta miały czysto w boksach, aby były najedzone, otrzymały potrzebne suplementy, na spacery niestety nie starcza już czasu, dlatego wolontariusze są tutaj tak bardzo potrzebni.

Pani Ewa z suczką Deizi. Podopieczna znalazła już dom. Została zaadoptowana przez rodzinę, która już wcześniej przygarnęła Pomiego. “To ważne, bo wiemy, że pies trafia w dobre ręce” – mówi Ewa Nosowska-Wichert//fot. Dawid Linkowski

Rolę spacerów podkreśla także pani Karolina Kokot, z którą udało mi się porozmawiać właśnie podczas spaceru z suczką Kają. – Kiedyś wspierałam schronisko, kupując dary, a później podczas jednej z akcji dowiedziałam się, że mogę zostać wolontariuszką. Przeszłam szkolenie i tak od 2017 roku pomagam zwierzakom w ten sposób. Wolontariuszka przyznaje, że praca w schronisku zweryfikowała jej wyobrażenia. – Myślałam, że po prostu wezmę jednego z psów na spacer i będzie miło i przyjemnie. Ale nie zawsze tak jest i na to trzeba się przygotować. Są pieski, które na spacerach ciągną, są też takie, które nie są w pełni zsocjalizowane, więc trzeba też włożyć trochę pracy w to, aby nauczyły się korzystać ze spacerów. Mamy też podopiecznych, którzy wcale nie chcą wychodzić, boją się. Są również czworonogi, które nie chcą się bawić, bo nikt ich tego po prostu nie nauczył. Część czuje lęk przed zabawkami czy chociażby patykami, są to bowiem psy przejściach, często traumatycznych.

– Knofliczek, psiak ze zdjęcia to jeden z psich seniorów, który zdążył pójść do domu to jedna z takich adopcji co szczególnie cieszy, bo w trakcie pobytu w schronisku okazało się że cierpi na nowotwór – wyjaśnia pani Karolina//fot. Dawid Linkowski

Praca w schronisku to jednak nie tylko spacery. – Cała reszta obraca się wokół psów. Musimy je wyczesać, pojechać z nimi do weterynarza, załatwić im fryzjera. To nie jest tak, że schronisko tego nie robi, robi w miarę możliwości. Zwierzęta mają tutaj codzienną, najlepszą z możliwych opiekę, w tym także weterynaryjną. Są nakarmione, mają czyste i zadbane boksy. Chodzi jednak o to, że psy często bardziej nam ufają i darzą nas większą sympatią. To jest też naturalne, bo my kojarzymy im się z przyjemnymi chwilami, fajnym spacerem, smakołykami. Pracownicy często muszą zrobić zastrzyk, obciąć paznokcie, więc nam psy pozwalają na więcej i często chętniej jadą z nami do fryzjera, czy weterynarza – tłumaczy pani Ewa.

Pani Karolina podkreśla, że praca z psami pomaga odnaleźć się w ich świecie, poznać ich język. – Mieliśmy spotkania z behawiorystą, to było bardzo wartościowe doświadczenie. Dla psów, które zabieraliśmy na spacery, był to z kolei świetny trening, nauka poruszania się po mieście i oswajania z otoczeniem. Często były to bowiem zwierzęta odebrane interwencyjnie z łańcucha i nie miały wcześniej kontaktu ze światem zewnętrznym.

Obie wolontariuszki nie ukrywają, że mają wśród podopiecznych swoich ulubieńców. – Mam nawet więcej niż jednego i one się systematycznie zmieniają – mówi pani Karolina i dodaje, że teraz ma dwóch pupili. Jednym z nich jest suczka Kaja. – To dość problematyczna dziewczyna, nie każdego akceptuje, ale jakoś udało nam się dogadać.

 Każda z nas ma takich swoich ulubieńców, psy, z którymi może zrobić więcej niż inni. Ja lubię takie trudniejsze pieski, łobuzy – uśmiecha się pani Ewa.

Dla bezpieczeństwa pracowników, wolontariuszy, a także podopiecznych schroniska, wprowadzono tam specjalne oznaczenia. – Są pieski, które nie mają żadnych oznaczeń, tolerują kontakt z każdym wolontariuszem. Są też pieski z żółtymi kartkami. Te żółte kartki są pewnego rodzaju ostrzeżeniem i mówią nam, czego możemy się po danym podopiecznym spodziewać. To oznaczenia często trafia do psów lękowych, albo do takich, przy których trzeba zachować szczególną uwagę na przykład na spacerach. Są też psy z czerwonymi kartkami. – To są takie nasze pieski specjalnej troski – uśmiecha się Ewa Nosowska-Wichert. – Najczęściej są to psy po trudnych przejściach. Moi ulubieńcy to właśnie te czerwone karteczki. Ja się do nich bardzo przyzwyczajam, bo one od lat są w schronisku. To często psy, które ze względu na swoje problemy mają dużo mniejsze szanse na znalezienie domu.

Jednym z takich łobuzów jest Reif, pies w typie amstaffa. Pani Ewa adoptowała go wirtualnie, poświęca mu też sporo czasu w schronisku.

– Reif został znaleziony przy Akademii Morskiej w Gdyni w tak opłakanym stanie, że dziwiłam się, że jest w stanie utrzymać się na nogach. Dziś to kawał umięśnionego psiska. Zresztą nie tylko ja jestem w nim zakochana, także moja przyjaciółka, również wolontariuszka, która codziennie przyjeżdża do „Ciapkowa”, żeby wyprowadzić go na spacer.

Pani Ewa z Reifem, pieskiem w typie amstaffa. Reif wciąż czeka na mądrych i odpowiedzialnych opiekunów, którzy zrozumieją jego potrzeby i obdarzą go miłością//fot. Dawid Linkowski

Nasza rozmówczyni dodaje, ze ostatnio obie zabrały Reifa do samoobsługowej myjni dla psów. Na miejscu nieoczekiwanie pojawiła się także właścicielka obiektu. – Wyjaśniłyśmy, że jesteśmy ze schroniska, przedstawiłyśmy naszego podopiecznego i zapowiedziałyśmy, że wrócimy za chwilę z kolejnym psem do kąpania. Właścicielka pozwoliła nam umyć psy za darmo. Takie drobne gesty znaczą dla nas bardzo wiele – mówi pani Ewa i dodaje, że każdy wolontariusz stara się dać swoim podopiecznym jak najwięcej. – Czasem wykupujemy leki za własne środki, czasem przynosimy smaczki, czy opłacamy wizytę u fryzjera. Każdy robi dla tych psów tyle, ile tylko może.

Co jeszcze robią wolontariusze? Gotują psom, które mają problemy gastryczne, gdy jest potrzeba, przeprowadzają zbiórki. Wspomagają pracowników w codziennej pracy, a także obserwują podopiecznych, aby jak najlepiej opisać ich zachowanie. To ważne, bo dzięki określeniu charakteru i potencjalnych problemów, psy mogą trafić do odpowiedzialnych domów.

– Ludzie często mają pretensje, że schronisko nie chce oddawać zwierząt do adopcji. Chciałabym podkreślić, że to nie tak, że my nie chcemy, żeby nasi podopieczni znaleźli dom. My chcemy, żeby to był kochający i odpowiedzialny dom. Nie mamy pewności, że osoby, które nie chcą zapoznać się z psem, tylko od razu zabrać go do siebie, zapewnią mu dobre warunki. A najgorszy dla psów jest powrót – mówi pani Ewa.

Ewa Nosowska-Wichert i Reif//fot. Dawid Linkowski

Wspomniany Reif to niejedyny podopieczny, który przeżył niesamowitą metamorfozę. Pani Karolina wspomina jednego ze swoich ulubieńców, Rudolfa, który dzięki jej cierpliwości, otworzył się i zaufał człowiekowi. – Rudolf był większym mieszańcem o rudym umaszczeniu. Nie chciał wychodzić na spacery. Jak przychodziłam do schroniska, to zazwyczaj on zostawał na sam koniec, ale nie pchałam się do boksu, w którym mieszkał, bo nie miałam doświadczenia. Aż jedna z koleżanek zaproponowała mi, żebym z nim wyszła.

Mimo obaw, pani Karolina zabrała go na spacer. – Rudolf poszedł ze mną nieco dalej niż z innymi osobami. To dało mi nadzieję. Zaczęłam przychodzić do niego co parę dni, a on się systematycznie się otwierał. Z tego zamkniętego w sobie psa, który stracił nadzieję na to, że czeka go jeszcze coś ciekawego, zrobił się wesołym czworonogiem. Postanowiłam zrobić mu wydarzenie adopcyjne na Facebooku, pojawiały się tam filmy i zdjęcia z jego codziennego życia. I szczęśliwie okazało się, że przed świętami Rudolf poznał swoją rodzinę i znalazł dom.

Karolina Kokot wspiera schroniskowe psiaki od 2017 roku//fot. Dawid Linkowski

Wolontariuszki cieszą się, gdy psy znajdują własne domy. A jeszcze więcej radości dostarczają zdjęcia i filmiki, na których widać ich nowe, szczęśliwe życia. – Schronisko ma własną grupę, Adopsiaki. Zapraszamy tam adoptujących, którzy chętnie pokazują nam swoich przyjaciół, dzielą się informacjami o ich życiu i o tym, jak mają teraz cudownie. Są też sytuacje, że rodziny adopcyjne chcą utrzymywać kontakty z wolontariuszami, którzy bardzo zżyli się z danym zwierzęciem – dodaje pani Ewa.

Wolontariat w schronisku gwarantuje całą gamę emocji, od złości, przez smutek, po ogromną radość. Nierzadko po policzkach spływają też łzy. Pani Karolina podkreśla, że łzy radości pojawiają się u niej najczęściej wtedy, gdy piesek, który potencjalnie nie miał szans na dom, bo był stary, schorowany, lub trudny, znajduje swoją rodzinę. Zdarzają się też niestety łzy smutku, szczególnie wtedy, gdy w schronisku odchodzi wieloletni podopieczny, który nigdy nie znalazł swoich bliskich.

Choć suczka ze zdjęcia ma już swoją rodzinę, w “Ciapkowie” nie brak psów, które czekają na nowe, kochające domy//fot. Dawid Linkowski

Pani Ewa przyznaje, że chociaż uwielbia wszystkie ciapkowe czworonogi, lubi też się z nimi rozstawać. – Na początku myślałam, że trudno mi się będzie pożegnać z moimi podopiecznymi, że będę płakać. I płaczę, ale ze szczęścia, że te nasze bączki trafiają do swoich nowych kochających domów.

Każdy, kto chciałby zapoznać się z podopiecznymi “Ciapkowa” może to zrobić zarówno osobiście, jak i wirtualnie. Schronisko znajduje się w Gdyni przy ulicy Małokackiej 3A. Warto także zajrzeć na stronę internetową: https://ciapkowo.pl/ oraz na Facebooka: https://www.facebook.com/ciapkowo.

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

“DOBRE MIEJSCE”: NIEZWYKŁY FOODTRUCK W ALEI TOPOLOWEJ

Jest w Gdyni takie miejsce: spółdzielnia socjalna działająca przy parafii św. Mikołaja na Chyloni, z kuchnią cateringową i własnym foodtruckiem. Do 23 września foodtruck parkuje w alei Topolowej, a w menu ma półmetrowe zapiekanki i hot dogi według autorskiego przepisu. W dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania” odwiedzamy „Dobre Miejsce”.

Pani Ewa, pani Kasia i pani Ania (od lewej) przy foodtrucku dobre miejsce // fot. Aleksandra Dylejko

Sami o sobie piszą tak: „Jesteśmy grupą przyjaciół, zapaleńców, którzy od 2009 roku prowadzą Stowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa. Obserwując zmiany, jakie zachodzą w naszych podopiecznych, postanowiliśmy dać im możliwość podjęcia pracy. Tworząc w 2019 roku Spółdzielnię Socjalną „Dobre miejsce” kontynuujemy i rozwijamy misję stowarzyszenia w myśl idei „Dobro wypiera zło” praz „Dobro podaj dalej”. Utworzenie miejsc pracy jest równocześnie ofertą skierowaną do naszych podopiecznych oraz szansą rozwoju i poprawy jakości życia, z której chętnie korzystają.”

Jedną z osób, które są w spółdzielni od początku, jest pani Ania.

– Przy Stowarzyszeniu św. Mikołaja Biskupa działa klub rodzica, chodziłam tam na spotkania. Rozmawialiśmy o pracy: o tym, jak do niej wrócić, czym chcielibyśmy się zająć. I padł pomysł, by napisać projekt zakładający zakup foodtrucka – opowiada.

Projekt powstał, pojawiło się dofinansowanie. Jesienią 2019 roku pod parafię przy ul. św. Mikołaja podjechał foodtruck, własność Spółdzielni Socjalnej „Dobre Miejsce”.

Podmioty ekonomii społecznej – takie jak „Dobre Miejsce” – dają zatrudnienie przede osobom potrzebującym wsparcia w powrocie na rynek pracy. Pomagają uwierzyć w siebie i rozwinąć skrzydła zdobywając nowe umiejętności.

I tak było w przypadku ekipy „Dobrego Miejsca”. Wszystkiego musieli nauczyć się sami i do zera. Pani Ania i pani Kasia, które w spółdzielni – i foodtrucku – pracują od początku przyznają, że nie miały doświadczenia kulinarnego.

– Musiałyśmy nauczyć się gotować, obsługiwać maszyny – wspominają. – Maszynę do donutów rozgryzałyśmy tydzień. Kupiłyśmy ją w hurtowni, więc trzeba było samemu ją poskładać. Potem uczułyśmy się obsługi i tego, jak przygotować najlepsze ciasto na donuty.

Foodtruck “Dobre Miejsce” // fot. Aleksandra Dylejko

Przez trzy lata oferta foodtrucka się zmieniała. Panie zaczęły od wspomnianych donutów, potem były frytki. Praktyka pokazała jednak, że potrzeba czegoś, dzięki czemu obsługa foodtrucka będzie szybsza i prostsza. I tak padło na zapiekanki oraz hotdogi. Zapiekanki mają pół metra, można wybierać spośród kilku smaków. Są też hotdogi.

– Dwa lata temu je wymyśliłam – mówi pani Ania. – Nigdzie takich nie ma: z dwiema parówkami i surówką.

W czerwcu ekipę foodtrucka można było spotkać na dzielnicowych festynach, w lipcu stacjonował przy parafii pw. św. Mikołaja na Chyloni, a teraz, do 23 września, „Dobre Miejsce” mieści się przy alei Topolowej (na wysokości Placu Wolnej Ukrainy). To doskonała lokalizacja, popularna trasa spacerów gdynian i turystów. Foodtruck jest otwarty codziennie od godz. 12 do godz. 20, w weekendy do 22.

 – Zapraszają nas na imprezy, ale nie wszędzie i nie zawsze możemy pojechać. Tu, przy bulwarze, mamy bardzo duży ruch – przyznaje pani Ania. – Gdy były zawody IronMan sprzedawaliśmy dziennie po 120-130 zapiekanek, do tego 30-40 hotdogów.

Wszystko to, co potrzebne do przygotowania smacznej i świeżej zapiekanki powstaje w kuchni cateringowej, którą od grudnia 2021 dysponuje Stowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa.

– Tu nie ma nic mrożonego, wszystko przygotowujemy sami, więc jest świeże – podkreśla pani Ania. – Dziś na przykład przygotowaliśmy 26 kg farszu pieczarkowego.

W tej chwili w foodtrucku na stałe pracują trzy osoby, dwie osoby zatrudnione są na sezon. Od września ekipa powiększy się o kolejnych dwóch pracowników. Nad tym, by wszystko działo sprawnie, czuwa Ewa Koszałka.

– Koordynuję projekt „Zupa Chylońska”: w każdą środę w Parku Kilońskim Stowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa wydaje ją potrzebującym. Ksiądz Jacek Socha, proboszcz parafii, zapytał czy nie zajęłabym się też foodtruckiem – i tak się zaczęło. Pracuję, więc muszę tak sobie planować każdy dzień, żebym mogła tu być dostępna i reagować na bieżąco, gdy trzeba ­– mówi o swojej roli.

24 września foodtruck „Dobre Miejsce” wróci w pobliże kościoła św. Mikołaja na Chyloni. Pani Ania mówi jednak, że będą starać się ruszać tam, gdzie przychodzi więcej osób. Bo choć w dzielnicy foodtruck ma swoich wiernych klientów, ich liczba siłą rzeczy jest ograniczona. Wyzwaniem dla spółdzielni może być sezon zimowy.

– Wymyślimy coś! – nie ma wątpliwości pani Ania. – Będziemy gotować zupę. Mamy kociołki, możemy sprzedawać ją z foodtrucka. Pomysłów mamy bardzo dużo, a i ludzie mówią nam, czego chcą. Jedzenie w barach powoli im się nudzi, więc jest mnóstwo możliwości. Tym bardziej, że mamy kuchnię.

I mnóstwo zapału.

– Bardzo nam zależy. I dalej chcemy tu pracować. Ludzie przychodzą, odchodzą, a my z Kasią jesteśmy. Już 33 miesiące. – podkreśla pani Ania.

Pani Kasia pomaga w kuchni.

– Lubię to, naprawdę mi to sprawia przyjemność – uśmiecha się. – A właśnie o to chodzi: żeby to, co robimy, sprawiało. Najlepsza wypłata to że ludziom smakuje.

Pani Ania: – To nie jest zwykła praca, w to wszystko trzeba wkładać dużo serca. Gdy szkoliliśmy nowe dziewczyny zależało nam by traktowały to jak naprawdę dobre miejsce pracy, a nie jak miejsce do którego się przyjdzie, zrobi swoje i wychodzi. W kuchni wkładamy bardzo dużo serca i chcemy, żeby to było dalej przekazywane. Opowiadamy klientom co robimy, jak robimy.

A, jak mówi pani Kasia, najlepszą wypłatą jest to, że ludziom smakuje.

Foodtruck “Dobre Miejsce” // fot. Aleksandra Dylejko

***

Foodtruck ma swoją stronę na Facebooku  oraz własną stronę internetową www.dobrem.com.pl.

O działalności Stowarzyszenia św. Mikołaja Biskupa i o tym, jak ksiądz Jacek Socha, proboszcz parafii pw. św. Mikołaja wspiera lokalną społeczność, można przeczytać tutaj: https://lis.gdynia.pl/twarze-pomagania-ksiadz-jacek-socha/

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

Wizyta studyjna w UrbanLab Gdynia

UrbanLab Gdynia był gospodarzem partnerskiej wizyty studyjnej przedstawicieli Urzędu Miasta Stalowa Wola. Spotkanie było okazją do wymiany doświadczeń, informacji, a także dobrych praktyk.

Podczas pierwszego dnia wizyty goście odwiedzili siedzibę UrbanLabu, gdzie powitała ich dyrektor Laboratorium Innowacji Społecznych Aleksandra Markowska.

– Cieszymy się, że możemy Was gościć, Gdynia to otwarte miasto, które chętnie dzieli się wypracowanymi rozwiązaniami. Jednocześnie sami również poszukujemy inspiracji poza granicami naszego samorządu, dlatego tego typu spotkania pozwalają nam na wymianę wiedzy i doświadczeń. UrbanLab to część Laboratorium Innowacji Społecznych, miejsca, w którym wdrażamy rozwiązania dla mieszkańców i w oparciu o ich potrzeby, ale także propozycje. Cieszymy się, że dziś możemy spotkać się z naszymi gośćmi i podyskutować o tym, co się w samorządzie sprawdza, a co nie – wyjaśniła Aleksandra Markowska.

Goście wysłuchali także prezentacji na temat gdyńskiego UrbanLabu oraz działań, jakie są tam prowadzone. Nie zabrakło także przedstawienia projektu realizowanego przez Laboratorium Innowacji Społecznych i Fundację Stocznia: Inkubatora pomysłów. Prezentację poprowadziły Magdalena Żółkiewicz i Magda Dębna. Przedstawiciele Stalowej Woli dowiedzieli się także, jak realizowane są w Gdyni e-usługi miejskie, szczególnie w kontekście karty mieszkańca.

Pierwszego dnia wizyty goście odwiedzili także Przystań Lipową 15, gdzie mogli zapoznać się z genezą gdyńskich domów sąsiedzkich, a także z proponowanymi dla mieszkańców aktywnościami. Zwieńczeniem pierwszego dnia wizyty była wizyta w Muzeum Miasta Gdyni. Zaproszeni zostali oprowadzeni po aktualnych wystawach oraz poznali ofertę skierowaną do młodzieży.

Drugi dzień wizyty rozpoczął się spotkaniem w siedzibie UrbanLabu. Goście mogli wysłuchać prezentacji na temat rewitalizacji w wymiarze społecznych. Poruszony został m.in. wątek komunalnego bloku bez barier przy ul. Dickmana 30. Informacje przekazał Łukasz Browarczyk z Laboratorium Innowacji Społecznych, który odpowiadał także na pojawiające się pytania słuchaczy.

W kolejnym bloku goście wysłuchali prezentacji nt. Budżetu Obywatelskiego, Szkolnego Budżetu Obywatelskiego, a także Konsultacji Społecznych i Gdyńskiej Platformy Dialogu. Na pytania w tym zakresie odpowiadała Magdalena Warmowska, specjalistka z Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni. Drugiego dnia wizyty goście mieli okazję, by odwiedzić Centrum Nauki Experyment oraz Centrum Organizacji Pozarządowych. Ostatnim punktem był natomiast wykład Marty Magott pt. „Społeczność Romska w Trójmieście”.

Niemniej intensywny był trzeci dzień wizyty. W czwartek goście ze Stalowej Woli odwiedzili Wymiennikownię. Młodzieżowym Centrum Innowacji Społecznych i Designu. Mogli tam zapoznać się nie tylko z samym miejscem, ale także z jego koordynatorkami oraz wolontariuszami.

– To była zupełnie nowa forma aktywności dla młodzieży, do której wszyscy musieli się przyzwyczaić – mówiła podczas prezentacji Martyna Winnicka, kierowniczka Wymiennikowni.

Goście ze Stalowej Woli byli szczególnie zainteresowani szczegółami tworzenia przestrzeni dla młodych ludzi, bo, jak podkreślali, sami planują otwarcie podobnej placówki.

– Poszukujemy dobrych praktyk w zakresie aktywizacji młodzieży, współpracy z młodzieżą, a także rozwiązań, które się sprawdziły, i które można zaadaptować. Oczywiście pewne niuanse będą zmienne, ale ogóle zasady, partnerskie podejście, a także część rozwiązań chcielibyśmy wykorzystać w siebie – mówi Arleta Siwek, naczelnik wydziału stalowowolskie Centrum Aktywności Lokalnej i dodaje, że w planach stalowowolskiego samorządu jest m.in. stworzenie nowoczesnego budynku, w którym powstanie przestrzeń dla młodzieży.

Zwieńczeniem wizyty studyjnej była wizyta w Młodzieżowym Domu Kultury oraz w Muzeum Emigracji.

TWARZE POMAGANIA. KAJETAN LEWANDOWSKI „GRA W ZIELONE” I ZASZCZEPIA MIŁOŚĆ DO PRZYRODY W SWOIM OTOCZENIU

Kajetan Lewandowski// fot. Dawid Linkowski

Działania proekologiczne, dbanie o środowisko i… o sąsiedzkie relacje – pan Kajetan Lewandowski, społecznik z Gdyni inicjuje przedsięwzięcia, które mają na celu przede wszystkim tworzenie przyjaznych przestrzeni wspólnych, a także ochronę natury i pielęgnację zieleni. Pojawił się jednak niespodziewany efekt tych działań: poprawa stosunków sąsiedzkich i budowa trwałych przyjaźni, które wyrosły na gruncie wspólnego dbania o najbliższe otoczenie.

Sporo osób zauważa braki i niedogodności w najbliższym otoczeniu. Większość jednak nie reaguje, lub narzeka pod przysłowiowym nosem. Niektórzy jednak wolą zakasać rękawy i zaangażować się w działania na rzecz wspólnego dobra. Przykładem takiej osoby jest pan Kajetan Lewandowski, społecznik z Gdyni.

– Dostrzegłem pewne mankamenty w najbliższym otoczeniu i zamiast narzekać na to, że nie ma zieleni, jest nieoświetlona ulica, nie ma gdzieś fragmentu chodnika, postanowiłem połączyć siły z sąsiadami i działać – wyjaśnia mój rozmówca.

Pan Kajetan sprawdził możliwości i przystąpił do działania. – W początkowej fazie kluczowym narzędziem był Budżet Obywatelski, w ramach którego zgłaszaliśmy projekty, zabiegaliśmy o głosy, a potem pilnowaliśmy realizacji tych zamierzeń. Również z grupą sąsiadów zgłosiliśmy akces i zyskaliśmy akceptację w wyborach do Rady Dzielnicy – mówi i dodaje, że obecnie także wspólnie z sąsiadami prowadzi szereg akcji społecznych. – Prężnie działa u nas grupa, która podlewa drzewa, są także osoby podejmujące się sprzątania dzielnicy. Działa także założona przez nas lokalna grupa wymian sąsiedzkich. Gdy na Ukrainie rozpoczęła się wojna, zaangażowaliśmy się w działania pomocy uchodźcom z Ukrainy.

Pan Kajetan podkreśla, że stara się być uważny i otwarty na potrzeby lokalnej wspólnoty. – Przyglądam się temu, co dzieje się w naszej dzielnicy i staram się reagować na pojawiające się problemy i potrzeby. I rzeczywiście, efekty widać dość szybko. Można mierzyć je ilością złożyć do BO projektów, czy liczbą uratowanych drzew. Ale można także spojrzeć na tę kwestię od strony zaangażowanych w działania osób. Bo otwartość i entuzjazm naszego rozmówcy stały się zalążkiem większej sąsiedzkiej siły. – Myślę, że do pewnego stopnia jakaś inspiracja wypłynęła od całej naszej grupy, ale uważam też, że w swoich działaniach nie jesteśmy osamotnieni. Realizowane przez nas, sąsiedzkie akcje przyciągają inne osoby, które często zostają w tym na dłużej – mówi Kajetan Lewandowski i dodaje, że czasami wystarczy tylko pokazać ludziom, że można i że warto.

– Czasami udaje nam się stworzyć ramę dla aktywności innych ludzi. Na przykład słyszymy, że tak sami z siebie mieszkańcy nie chodziliby z konewką, by podlewać drzewa. W momencie, gdy stworzyliśmy inicjatywę, by rośliny podlewać, nazwaliśmy je, dajemy sygnał do ich podlewania i uzupełniamy wodę, takie osoby, które normalnie powiedziałyby, że drzewo usycha i nic nie da się z tym zrobić, łączą siły z dwudziestoma innymi rodzinami i dzięki temu tworzy się duża grupa, która działa na rzecz przyrody i najbliższego otoczenia. I w ten sposób ci ludzie się poznają. Nagle osoby, które do tej pory się nie znały, albo mijały bez słowa na klatce schodowej, tworzą świetne relacje, niekiedy przyjaźnie.

Skąd u pana Kajetana zainteresowanie ekologią? Jak sam mówi, dziś ten temat powinien leżeć w kręgu zainteresować każdego człowieka. – Po pierwsze nasze życie w ciągu ostatnich lat tak szybko się zmienia, że nawet jeśli ktoś piętnaście czy dwadzieścia lat temu uważał, że ekolodzy to tacy niepoważni ludzie, którzy dla rozgłosu przykuwają się do drzew, to dziś, jeśli ktoś jest osobą chociaż w minimalnym stopniu świadomą tego, co się dzieje, musi uważać kwestie ekologiczne za najważniejsze – zauważa mężczyzna. Pan Kajetan dodaje także, że jego największą motywacją do zajęcia się tym tematem było pojawienie się na świecie jego dzieci. – Gdy zostałem rodzicem, naszła mnie pewna refleksja: zacząłem zastanawiać się, jak będzie wyglądało życie moich pociech, jakie będą miały wykształcenie, gdzie będą pracować i przede wszystkim: na jakim świecie będą żyły.

Jak przyznaje nasz rozmówca, wniosek nie był optymistyczny. – Wydaje mi się, że znaleźliśmy się w punkcie, w którym nie możemy dłużej preferować naszego własnego komfortu. Mam tu na myśli na przykład jeżdżenie wszędzie samochodem, palenie węglem, czy wyrzucanie nieposegregowanych śmieci przedkładane nad warunki, w jakich będą żyły przyszłe pokolenia. Brutalnie mówiąc, jeśli nic nie zmienimy, czeka je bardzo trudne i bardzo smutne życie, w którym głównym zadaniem będzie chronienie się przed katastrofami naturalnymi, masowymi migracjami, czy radzenie sobie z niestabilnymi cenami żywności. Parafrazując Baracka Obamę: jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma pełną wiedzę na temat skutków katastrofy klimatycznej i ostatnim, które jeszcze może coś z tym zrobić.

I choć Kajetan Lewandowski podkreśla, że wie, że w pojedynkę nie jest w stanie stawić czoła ekologicznej katastrofie, chce być częścią społeczności, która stawia na działania na rzecz przyrody. – Staram się włączać w ten ruch i wydaje mi się, że te dwa czynniki: pojawienie się dzieci i nabieranie świadomości związane z nabywaniem nowej wiedzy na temat klimatu i tego, jak człowiek na niego wpływa i co z tego wynika, rzeczywiście wysuwa się na pierwszy plan – dodaje.

Nasz rozmówca nie tylko prowadzi ekologiczne działania w Gdyni, ale także stara się edukować najmłodszych. – Trudno powiedzieć, czy zaszczepiłem miłość do ekologii w moich dzieciach, ale wierzę, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Moje dzieci już wiedzą, z czym wiąże się palenie węglem, jeżdżenie wszędzie dieslem, czy jak ważne dla planety są drzewa. I szczerze mówiąc, mam nadzieję, że ta świadomość, choć dziś jeszcze nieco niszowa, stanie się wiedzą powszechną, gdy moje pociechy dorosną. Wierzę, że za kilka lat rzeczy, które dziś wywołują u niektórych zdziwienie lub oburzenie: segregacja śmieci czy ograniczenie dla ruchu samochodowego, będzie dla kolejnych pokoleń zupełną oczywistością.

Jakie plany na najbliższą przyszłość ma pan Kajetan? Zielone! – Niebawem rozpoczyna się kolejna edycja Budżetu Obywatelskiego, gdzie ponownie wraz z grupą sąsiadów i przyjaciół zgłosiłem projekty, związane z zazielenianiem naszego miasta. Na pewno będę zachęcał do głosowania na ekologiczne projekty. Będę także pilnował realizacji wcześniejszych złożonych projektów.

Nasz rozmówca dodaje także, że nadal zamierza angażować się w prowadzone oddolnie akcje, mające na celu wprowadzanie w mieście ekologicznych rozwiązań.

Warto podkreślić, że swój własny projekt do Budżetu Obywatelskiego mógł złożyć każdy mieszkaniec bez względu na wiek czy adres zameldowania. Finalnie na liście głosowania w gdyńskim BO znalazło się 245 pomysłów. Można się już z nimi zapoznać i zastanowić się nad wyborem. Zwłaszcza, że głosowanie w BO2022 rozpocznie się już niebawem. W tym roku projekty do realizacji wskazywać będziemy w dniach 5-19 września.

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

TWARZE POMAGANIA: ANNA MATŁOSZ POMAGA DZIECIOM Z REWITALIZOWANYCH OBSZARÓW. “WAŻNY JEST BALANS MIĘDZY BYCIEM KUMPLEM I BYCIEM DOROSŁYM”

Anna Matłosz//fot. Dawid Linkowski

To praca, której podstawę stanowi cierpliwość i zaufanie. Droga do jego zdobycia nie zawsze jest łatwa, ale gdy już się uda ją przejść – można wiele osiągnąć. Właśnie dzięki zdobytemu zaufaniu Anna Matłosz, socjoterapeutka z Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni, pomaga dzieciom i młodzieży z rewitalizowanego osiedla Zamenhofa – Opata Hackiego rozwijać się i odważnie myśleć o przyszłości. O tym, na czym ta praca polega, w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.

Objęty rewitalizacją obszar ul. Zamenhofa – Opata Hackiego na gdyńskiej Chyloni jest ściśle określony, a wyznaczają go numery konkretnych bloków stojących w tej części dzielnicy. Choć mieszkające tu dzieci i młodzież są rzecz jasna sąsiadami, a niektórzy z nich także uczniami tej samej szkoły czy wręcz klasy nie zawsze utrzymują relacje towarzyskie – po szkole nie zapraszają się do domów, nie uczestniczą we wspólnych zajęciach.

Ale powoli się to zmienia za sprawą rewitalizacji społecznej osiedla i pracy, jaką w Przystani Opata Hackiego 33 wykonuje Anna Matłosz, socjoterapeutka z Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni. Dla młodzieży w wieku 13-19 lat prowadzi zajęcia włączające społecznie, regulujące poziom napięcia, relaksacyjne czy ruchowe. Efekt kilkuletnich działań to dwie grupy, których członkowie zżyli się z sobą na tyle, że na wspólnych aktywnościach spędzają nawet 12 godzin. Początki jednak nie były łatwe choć mogło się wydawać, że warunki sprzyjają.

Praca z dziećmi i młodzieżą z rewitalizowanego osiedla Zamenhofa – Opata Hackiego zyskała zupełnie nowy wymiar po otwarciu Przystani Opata Hackiego 33. W Domu Sąsiedzkim jest bowiem przestrzeń do organizowania rozmaitych wspólnych zajęć: od kulinarnych w doskonale wyposażonej kuchni, przez granie w planszówki po aktywności sportowe.

– Mieliśmy grupę chłopców, którzy zaciekawieni przychodzili pod budynek Przystani, ale nie chcieli wejść do środka – mówi Anna Matłosz. – Pierwszy miesiąc przesiedzieli na zewnątrz, na schodach. Zaczęłam więc z nimi rozmawiać: pytać jak się czują, co u nich słychać, zapraszać na górę herbatę. Powoli zaczęli wchodzić do środka, ale wciąż trzymali dystans.

W końcu jednak zawiązała się grupa tych najbardziej zmotywowanych, którzy chcieli coś robić z innymi, coś zmienić. Zaczęło się banalnie, bo między innymi od przygotowania wspólnych posiłków z tego, czym akurat dysponowała przystaniowa kuchnia. Pomagał każdy bo obowiązywała zasada, że „kto nie pomaga ten nie je”. – Bycie przy wspólnym stole, przygotowanie wspólnego posiłku, wypicie razem herbaty zbliża. Uczy też myślenia o innych, dzielenia się – zauważa Anna Matłosz. – I tak po prostu będąc ze sobą, rozmawiając o zwykłych sprawach zaczęliśmy nawiązywać silniejsze więzi. Potrzeba było czasu, by młodzi zaczęli mówić mi o swoich sukcesach czy kłopotach.

Z kolei w pracy z grupą młodszą dobrym początkiem okazały się zajęcia ruchowe. Ale były też spotkania kuchni na ZOH, podczas których można było poznać zasady savoir vivre’u, z czasem zaczęły się odbywać zajęcia artystyczne w tym dedykowane grupie starszej i młodszej zajęcia beatbox prowazone przez beatboxera Kuxona Warto zauważyć, że uczestnicy maja też zajęcia parkour prowadzone przy ul. Opata Hackiego przez trenerów z Gdyńskiej Akademii Parkour.

– Okazało się, że sporo dzieci lubi fotografię, po każdym wspólnym wyjściu mamy setki zdjęć – zauważa Anna Matłosz. – Często jedziemy razem do Śródmieścia, chociażby na pizzę czy burgery czy spacer .Wszystko, co z tym związane – zakup biletów w autobusie, zapytanie o coś przechodnia, zamówienie posiłku, rozmowa z obsługą w lokalu – to trening umiejętności społecznych o dużym znaczeniu dla wdrożenia do życia społecznego. Staram się, by dzieci i młodzież w jak największym stopniu uczestniczyły w tym, co się dzieje w Gdyni, dlatego bierzemy udział w rozmaitych wydarzeniach. Niedawno – w festiwalu kolorów.

Grupa młodsza to około 10 osób, grupa starsza – sześcioro młodych ludzi. Spotykają się raz w tygodniu, na kilka godzin. Teraz, w wakacje, zdarzają się spotkania nawet 12-godzinne. Oczywiście, do rodziców (wcześniej wyrazili zgodę na uczestnictwo dziecka w grupie) zawsze trafia informacja gdzie ich dzieci będą i o której wrócą. Największym przebojem były tzw. nocki, czyli wieczorno-nocne spotkania w Przystani Opata Hackiego 33. Teraz, gdy po pandemicznej przerwie i okresie zapewnienia schronienia uchodźcom z Ukrainy Dom Sąsiedzki wraca do swojej funkcji, nocki znów będą się odbywać. W ich trakcie młodzież np. wspólnie ogląda film – ale to nie ten film jest najważniejszy. Chodzi o możliwość spędzenia z sobą czasu i – przede wszystkim – rozmowy.

Młodzi ludzie są z sobą w kontakcie także po zajęciach, m.in. dzięki grupie na Messengerze. Anna Matłosz często kończy dzień pytaniem o to, jak minął – i życząc dobrej nocy.

Anna Matłosz z grupą młodszą pracuje od roku 2019, ze starszą – od roku 2020. Kilka lat poznawania się i zdobywania zaufania zaowocowało tym, że na pytanie o to czy jest dla niektórych młodych ludzi jest powierniczką, odpowiada „Tak”. Ale zaraz dodaje: – w pracy jak moja trzeba być wręcz kryształowym. Tu nie ma miejsca na „może dzisiaj, a może jutro”, „może zrobię, a może nie”. Młodzież jest wobec dorosłych bardzo krytyczna. Gdy zdarzy mi się pomyłka, muszę stanąć przed nimi i powiedzieć: „Przepraszam” czy ,,nie wiem’’ . Ważny jest też balans między byciem kumplem i byciem dorosłym. Trzeba być w tym autentycznym.

Krok po kroku dzieci i młodzież stają się pewniejsze siebie i chętne do tego, by np. zamówić posiłek z lokalu, zainicjować czy podtrzymać rozmowę. Zmieniają się, wdrażają się w nowe grupy, sprawdzają się w innych sytuacjach niż dotąd, są bardziej otwarte, więcej o sobie opowiadają. Niektórzy bardziej starają się w szkole.

Anna Matłosz//fot. Dawid Linkowski

 Cieszy mnie każdy sukces moich dzieci i młodzieży, z przyjemnością obserwuję zmiany przez jakie przechodzą – choć to nie jest szybki proces, czasami trzeba poczekać. Oczywiście, nie zawsze zmiana się uda, nie każda praca pomocowa kończy się sukcesem – przyznaje Anna Matłosz. – Tym bardziej lubię patrzeć, jak sobie radzą w życiu. Gdy widzę, że wdrażają wskazówki ,słuchają sugestii – to dla mnie ważne. Podobnie jak to, charakter mojej pracy, który pozwala mi być przy młodzieży w pełnym różnych doświadczeń okresie dojrzewania

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

WARTO POZNAĆ NIE/ZNAJOMYCH

Gdy w ubiegłym roku Zespół Teatru Gdynia Główna przez kilka tygodni towarzyszył uczniom SP nr 47 z doświadczeniem migracyjnym nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że do powstającego na tej kanwie scenariusza życie dopisze kolejne rozdziały. W efekcie tamtych rozmów, spacerów, wzajemnego poznawania się i budowania zaufania powstał niezwykły spektakl: opowieść młodych ludzi o tym, jak trudno znaleźć się w nowym mieście i zaczynać od zera, o niezrozumieniu – również dosłownym, o tęsknocie i nadziei. To też opowieść o tym, jak wiele teatr może zmienić. Spektakl będzie można zobaczyć już w środę i czwartek, 10 i 11 sierpnia, w ramach Festiwalu „Pociąg do Miasta”.

Jacek Panek. Małgorzata Polakowska, Ida Bocian // fot. Teatr Gdynia Główna

W roku szkolnym 2021 / 2022 w Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 3 na Dąbrowie uczyło się około 1100 dzieci i młodzieży. Około 50 z nich miało doświadczenie migracyjne: wraz rodzicami przyjechały do Gdyni m.in. z Białorusi, Ukrainy, Gruzji.

Krzysztof Jankowski, dyrektor placówki przyznaje, że zwłaszcza na początku jest im trudno. Bariera językowa sprawia, że zamykają się w swoim gronie.

– A każda bariera: czy językowa, czy kulturowa, może prowadzić do zachowań niepożądanych – zauważa. – Jestem zwolennikiem każdego działania włączającego. Gdy usłyszałem o projekcie, w ramach którego młodzi ludzie mogą opowiedzieć o swoich przeżyciach, by na tej podstawie powstało przedstawienie teatralne dzięki któremu inni uczniowie będą mogli ich poznać – od razu pomyślałem o dzieciach z naszej szkoły.

Spektakl „Nie/znajomi” – bo tak finalnie został zatytułowany – stanowił część realizowanej wówczas przez UrbanLab Gdynia „Ścieżki szytej na miarę”. Składała się z czterech elementów zaprojektowanych i powiązanych tak, by przeciwdziałać i uwrażliwiać na niepokojące tendencje wśród młodzieży, nasilone w wyniku pandemii.

– Z badań wynikało, że jednym z negatywnych skutków sytuacji kilkunastu miesięcy pandemii i związanych z nią lockdownów dla młodych ludzi było osamotnienie. To szczególnie dotkliwe dla osób z doświadczeniem migracyjnym: bez wsparcia, jakie daje rodzina większa niż krąg najbliższych, ze wszystkimi ograniczeniami wynikającymi z nieznajomości języka, kultury, miasta – podkreśla Michał Guć, wiceprezydent Gdyni ds. innowacji. – Wiemy, jak trudne może to być, dlatego prowadzimy w Gdyni systemowe działania, by wesprzeć naszych nowych mieszkańców, ale też uwrażliwić mieszkańców w różnym wieku. Spektakl zrealizowany w Teatrze Gdynia Główna skierowany jest do młodych ludzi. Niemalże pół roku po wybuchu wojny w Ukrainie zyskał jednak zupełnie nowy wymiar. Na trudne doświadczenia związane z przeprowadzką do innego kraju nakładają się bowiem traumy związane z sytuacją wojenną: ucieczką z rodzinnego domu, koniecznością pozostawienia w Ukrainie bliskich i całego dobytku, niepewnością co do tego kiedy i czy w ogóle powrót będzie możliwy.

– Zależało nam, by młodzieży z doświadczeniem migracji dać okazję do opowiedzenia o niełatwej codzienności, a nas samych zmusić do refleksji, pomóc we wzajemnym zrozumieniu się – zauważa Aleksandra Markowska, dyrektor Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni. – Spektakl, który powstał dzięki zaangażowaniu artystów Teatru Gdynia Główna oraz nauczycieli i uczniów Szkoły Podstawowej nr 47 nikogo nie pozostawia obojętnym. Opowiada prawdziwe, często brutalnie prawdziwe, historie czworga młodych ludzi z Ukrainy, Białorusi i Gruzji, których rodziny osiedliły się w Gdyni. Dziś, w sytuacji wojny toczącej się tuż za naszą granicą i faktu, że wielu z nas ma za sąsiadów osoby uchodźcze, wydźwięk „Nie/znajomych” jest jeszcze głębszy.

Oleksandr, Roman, Nini, Veronica i Tatiana przez kilka tygodni spotykali się z ekipą Teatru Gdynia Główna. Pracowali metodą dramy, często stosowaną w leczeniu traum, w szczególności związanych z utratą. Spotykali się w teatrze, razem przemierzali Dąbrowę opowiadając o swojej codzienności. W siedzibie teatru wspólnie zbudowali miasto marzeń. I powstał godzinny spektakl w reżyserii Ewy Ignaczak i Marka Kościółka. Historie młodych ludzi przedstawiają Małgorzata Polakowska, Ida Bocian i Jacek Panek.

Ida Bocian // fot. Teatr Gdynia Główna

– Siła działania, które zaproponowała Ewa, Ida i reszta ekipy polega na tym, że zrobiliśmy wszystko od A do Z. Poznaliśmy naszych bohaterów podczas rozmowy, ale też po prostu spędzając z nimi czas. Jedną z ważniejszych rzeczy przy tego typu projektach jest zaufanie, doświadczenie i empatia – mówił po jednym z pierwszych spektakli Marek Kościółek. – Scenariusz, który napisała Ewa, to wybór z bardzo obszernego materiału, dokonany z wielką uważnością.

­Oleksandr, Roman, Nini, Veronica i Tatiana opowiedzieli o swojej codzienności w rodzinnych domach, powodach dla których ich rodziny zdecydowały się zacząć od nowa w nowym kraju, o barierze jaką postawiły między nimi a rówieśnikami język i kultura, o przykrych sytuacjach, jakich doświadczali za sprawą szkolnych koleżanek i kolegów, o wielkiej tęsknocie, nadziei na dobrą przyszłość i możliwościach, jakie daje im życie w innym kraju. To opowieść przejmująca, w 100 procentach szczera.

– Teatr faktu, bo po tę formę sięgnęliśmy, postrzegany jest jako formuła dokumentu, bez środków artystycznych – wyjaśnia Ewa Ignaczak. – Zdecydowaliśmy się na nie, bo dzięki nim można więcej wyrazić. Spektakl staje się ciekawszy i dla młodego odbiorcy, i dla aktorów.

Emocje towarzyszące „nie/znajomym” dotykają wszystkich: bohaterów, aktorów, reżyserów, widownię.

Małgorzata Polakowska i Jacek Panek // fot. Teatr Gdynia Główna

Po pierwszych spektaklach artyści mówili tak:

Ida Bocian (Nini): – Znam naszych bohaterów i to utrudniło mi zadanie. Moment, w którym pokazaliśmy im spektakl był niezwykle emocjonalny. Poczułam potworny ciężar, jakbym grała z kamieniami. Popatrzyłam im w oczy i nagle złapałam się na tym, że mówię o Weronice do Weroniki. Tak się tym speszyłam, że zaczęłam uciekać wzrokiem…. Takie rzeczy od lat mi się nie zdarzały, byłam zaskoczona swoją reakcją. Ale potem przypomniałam sobie, że tu przecież nie chodzi o mnie, tylko o cel, o ważną sprawę i formę, która pozwala czuć się bezpiecznie.

Małgorzata Polakowska (Tatiana): – Sukcesem było dla mnie, gdy po pierwszym spektaklu moja bohaterka powiedziała mi: „Jestem taka sama. Tak samo się zachowuję, to były moje emocje, nie tylko moje słowa”. Nie było mi trudno zidentyfikować się z postacią. Obie jesteśmy inne, dziwne – więc ją rozumiem. A ona w tym wszystkim nie jest słaba, tylko walcząca i dumna. Bardzo mi zależało, żeby stanąć w jej obronie i zaprezentować ją jako silną, pewną siebie. Mam nadzieję że znajdzie kogoś, kto zasługuje na jej przyjaźń.

Małgorzata Polakowska i Jacek Panek // fot. Teatr Gdynia Główna

Jacek Panek (Sasza, Weronika): – Cały czas czułem odpowiedzialność za sposób, w jaki pokażemy historię i za to, jak zareagują rówieśnicy. Wyzwaniem było dla mnie pierwsze spotkanie – nie znałem Saszy, widziałem tylko film w którym się wypowiada. Skonfrontowanie tego, że gram dwie postaci z Saszą, który ma za chwilę zobaczyć spektakl, było dla mnie bardzo onieśmielające i trudne. W dniu premiery też to czułem, ale finał uruchomił ogromne emocje. Poczułem lekkość: to, czy historia została lepiej czy gorzej zagrana, zostało na drugim planie. Najważniejsze były emocje.

Bo pokaz premierowy zakończył się w sposób, którego nikt z całą pewnością nie przewidział.

– Po premierze pomyliliśmy światła: zamiast je zgasić, zostały zapalone. I okazało się, że część dzieci płacze – relacjonuje Ewa Ignaczak. – Na widowni była pani psycholog – zareagowała, by wyciszyć emocje. Ale wtedy nagle odezwała się dziewczynka – była przyjaciółka Tatiany. Przy wszystkich przeprosiła Tatianę przyznając się, że to ona używała przezwisk, o których mówiła grająca Tatianę Małgosia Polakowska.

Dziś w Gdyni mieszka 2625 dzieci z doświadczeniem migracyjnym. W gdyńskich placówkach edukacyjnych, według danych z czerwca tego roku, uczyło się 1600 dzieci z doświadczeniem uchodźczym.

– Gdynia to niezwykłe miasto, w którym żyją ludzie mający wielkie serca – podkreśla Bartosz Bartoszewicz, wiceprezydent Gdyni ds. jakości życia. – Wiele milionów obywateli Ukrainy zmuszonych było z dnia na dzień uciekać z rodzinnego kraju w celu ratowania życia swojego i swoich bliskich. Tysiące z nich znalazło bezpieczną przystań w naszym mieście, a gdynianki i gdynianie natychmiast ruszyli z pomocą. Na początku najważniejsze było zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb naszych gości, z czasem jednak, zaczęliśmy bardzo mocno koncentrować się nad wielką potrzebą, jaką było przywrócenie im poczucia bezpieczeństwa. Pomoc dla najmłodszych jest szczególna i nasi pedagodzy robią bardzo dużo, by uczynić ich świat choć trochę lepszym.

Do refleksji o tym, jak wiele zależy od każdego z nas – i jak jednocześnie niewiele potrzeba, by świat osób z doświadczeniem migranckim czy uchodźczym był lepszy – skłaniają właśnie „Nie/znajomi”. Najbliższa okazja, by zobaczyć spektakl, już w środę i czwartek, 10 i 11 sierpnia, o godz. 21 na placu targowym przy Hali Rybnej (wejście od ul. Wójta Radtkego).  Aktorzy Teatru Gdynia Główna zaprezentują go w ramach ósmej edycji festiwalu teatrów offowych „Pociąg do miasta”.

– Wahaliśmy się, czy na tegorocznej edycji Festiwalu pokazać akurat to przedstawienie. Przecież powstało ono jeszcze przed inwazją Rosji na Ukrainę, a do tego było skierowane do bardzo konkretnego odbiorcy – młodych ludzi. Ale doszliśmy do wniosku, że warto po raz kolejny oddać naszym bohaterom głos. Bo w trudnej codzienności rodzin, które niedawno przeprowadziły się do Polski, młodzież często musi sobie radzić sama. To przedstawienie pokazuje ich emocje: tęsknotę za opuszczonym domem i ogromne pragnienie akceptacji w nowym środowisku – ale są one przecież nie tylko jednostkowe, ale i uniwersalne. Chcemy przypomnieć naszym rodakom – młodszym i starszym, że niewiele potrzeba, by szybciej poczuli się jak u siebie – podsumowuje Ida Bocian.

„Ścieżka szyta na miarę” realizowana była w ramach zadania „Adaptacja Koncepcji Urban Lab  w Gdyni” realizowanego w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna  na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności na podstawie umowy o dofinansowanie zadania nr: DPT/BDG-II/POPT/19/19.

TWARZE POMAGANIA. BY GDYNIA STAŁA SIĘ DOMEM

Gdyby ktoś zapytał: „Co jest ważne przy przeprowadzce do innego kraju” zapewne większość z nas odpowiedziałaby „Formalności”. Ale czy nie równie istotne jest poznanie naszych nowych sąsiadów? Ich języka, kultury i zwyczajów, by lepiej się zrozumieć, by mieć wokół siebie życzliwych ludzi, by te pierwsze dni w nowym miejscu były prostsze? W przejściu przez tę zmianę pomagają Sviatlana Rasliakova i Izabela Rutkowska: animatorki integracji międzykulturowej w Laboratorium Innowacji Społecznej w Gdyni. O ich pracy – w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.

Od lewej: Sviatlana Rasliakova i Izabela Rutkowska // fot. Dawid Linkowski

Sviatlana Rasliakova jest psycholożką. Jak mówi, wykształcenie dało jej teoretyczne podstawy zrozumienia, na czym polega adaptacja. Ale znaczenie tego słowa zna też bardzo dobrze z własnego doświadczenia.

– Jestem z Białorusi, przechodziłam emigrację, jej kolejne etapy i syndromy – mówi. – Na przykład poczucie, że jest się drugorzędnym: że z wielu rzeczy nie można korzystać, na wiele się nie zasługuje… A przecież nie do końca tak jest. W swojej pracy próbuję pokazać mieszkającym w Gdyni Ukraińcom, Białorusinom i Rosjanom że są tu mile widziani, że Polacy są bardzo otwarci i że chcą ich poznać.

Gdy Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku rozpoczęło realizację projektu „Cześć” Sviatlana Rasliakova została jego uczestniczką. Dla nowych mieszkańców Gdańska to okazja by spotkać się, porozmawiać, lepiej poznać. Sviatlana program ukończyła, później była w nim wolontariuszką, aż wreszcie została zatrudniona i poprowadziła dwie edycje „Cześć”.

Od dwóch lat Sviatlana Rasliakova pracuje w Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni: początkowo w UrbanLab Gdynia zaangażowana była w tematy związane z adaptacją imigrantów (pracowała m.in. nad informatorem dla nowych mieszkańców Gdyni), a teraz w Dziale Przestrzeni Społecznych – jako specjalistka ds. animacji międzykulturowej – zajmuje się integracją mieszkających w sąsiedztwie Przystani Polaków i cudzoziemców. Współpracuje z Izabelą Rutkowską, specjalistką ds. integracji międzykulturowej prowadzącą w Przystaniach lekcje języka polskiego jako obcego.

– Studiowałam w Krakowie, miałam wykłady na temat języka polskiego jako obcego – mówi Izabela Rutkowska. – Przyjechałam do Trójmiasta, robiłam „podyplomówkę”, a w ramach praktyk musiałam uczyć. Miałam okazję prowadzić lekcje w Bibliotece Gdynia. Okazało, się że jest ogromna potrzeba lekcji języka polskiego jako obcego, zwłaszcza bezpłatnych. Po praktykach uczyłam więc najpierw wolontaryjnie, później we współpracy z Urzędem Miasta. W 2017 roku zaczęłam realizować w Bibliotece Gdynia projekt „Język polski jako obcy”; po kilku latach jego część przeniosłam do Laboratorium Innowacji Społecznych.

Sviatlana Rasliakova pracuje przede wszystkim z osobami z Białorusi, Ukrainy i Rosji. Izabela Rutkowska wśród swoich uczniów ma także osoby z Filipin, Indii, Francji, Hiszpanii, USA czy rodziny afgańskie. Przyjeżdżają do Gdyni do pracy, do męża Polaka czy żony Polki, na wolontariat – to osoby, które z różnych powodów wybrały Gdynię na swoje miejsce zamieszkania. Izabela Rutkowska podkreśla, że uchodźcy nie stanowią wśród jej uczniów większości.

Izabela Rutkowska i książka jej autorstwa “Wierszyki wspomagające naukę gramatyki” // fot. Dawid Linkowski

Izabela i Sviatlana swoje działania prowadzą w Domach Sąsiedzkich w Przystaniach.

– Często instytucje czy organizacje opracowują dla obcokrajowców specjalne programy, organizują konsultacje prawne, udzielają porad. To oczywiście jest bardzo ważne, ale czasami zapominają, że  człowiek potrzebuje drugiego człowieka – mówi Sviatlana Rasliakova. – Czasami wystarczy porozmawiać, zaprosić na herbatę, powiedzieć komuś że jest mile widziany; wytłumaczyć gdzie jest przychodnia czy jak założyć konto w banku. Czasami wystarczy po prostu być. To bardzo ważne, by obcokrajowcy mieli miejsce do którego mogą przyjść na herbatę i opowiedzieć jak im minął dzień, poznać kogoś z kim będą mogli np. spędzić święta. Doskonale pamiętam, jak w święta w akademiku byłam sama, bo wszyscy znajomi wyjechali do domów, albo gdy nie miałam z kim zjeść pączka w Tłusty Czwartek. Chodzi o to, że obcokrajowcy poczuli się tu jak w domu.

Izabela Rutkowska: – Pokazujemy Gdynię jako miasto dostępne dla nich: podpowiadamy gdzie i jak załatwić ważne sprawy, wyjaśniamy jak działają konkretne obszary życia miasta. Staramy się też trochę odczarować wizerunek urzędnika. Zwłaszcza Słowianie postrzegają urzędników jako niedostępnych.

W prowadzonych przez Izabelę Rutkowską lekcjach języka polskiego uczestniczy około 200 osób rocznie. Oczywiście, jest wśród nich rotacja: ktoś wyjedzie, dołączy ktoś nowy, ktoś przerwie lekcje z powodów osobistych. Każde spotkanie jest cenne, bo stanowi okazję do poznania się, rozmowy bazującej na różnych kulturach, doświadczeniach, punktach widzenia. To też dobra okazja do obalenia stereotypów, pozbycia się uprzedzeń. Wymiar bardziej praktyczny jest taki, że Izabela Rutkowska przygotowuje swoich uczniów do egzaminu B1, niezbędnego by otrzymać Kartę Polaka czy pozwolenie na pobyt stały.

– Swoją pracę postrzegam jako próbę odczarowania negatywnych stereotypów pokutujących w obie strony, bo przecież o Polakach też krążą nieprawdziwe opinie – mówi Izabela Rutkowska. – Pomagam w zaaklimatyzowaniu się w Gdyni i w Polsce w ogóle. Przystanie dają możliwość wykorzystania umiejętności kulinarnych, muzycznych, plastycznych, sportowych. Mieliśmy jogę prowadzoną po rosyjsku przez panią z Ukrainy, zajęcia filozoficzne po angielsku z panem z Ameryki, warsztaty kulinarne z potrawami z różnych krajów. O to chodzi: żeby Przystań była miejscem dostępnym absolutnie dla każdego.

Czasami ktoś mieszka obok Przystani, ale nie we co to za budynek i czy może tu przyjść. A gdy już przyjdzie – jest zachwycony miejscem, ofertą, atmosferą.

Nad tym, by jak najwięcej osób wiedziało o Przystani, pracuje Sviatlana. Jak mówi, jej zadanie to sprawić, by sąsiad poznał sąsiada, by mogli na sobie polegać i by w Domu Sąsiedzkim czuli się jak… w domu.

–  Praca z drugim człowiekiem to jest proces – zastrzega. – Trudno wymyślić wydarzenie i oczekiwać, że przyjdzie na nie dużo ludzi, zaczną  się przyjaźnić i stworzą społeczność. Nie. To praca krok po kroku: spotkania, relacje, budowanie zaufania.

Sviatlana Rasliakova // fot. Dawid Linkowski

To wszystko ma zupełnie nowy wymiar od dnia napaści Rosji na Ukrainę. Tuż po wybuchu wojny Sviatlana pracowała z przybywającymi do Gdyni uchodźcami. Dziś szczerze przyznaje, że wyzwaniem w najbliższym czasie może być ponowne ułożenie dobrych relacji między Ukraińcami, Rosjanami i Białorusinami, ale też między Polakami i Białorusinami czy Rosjanami.

– Wiele osób z Ukrainy nie wie jaka jest sytuacja na Białorusi, jak Białorusini reagują na to co się dzieje i że też cierpią – podkreśla. – Myślę że najważniejsze to pamiętać, że w tym wszystkim jest człowiek, nie kraj czy narodowość.

Sposobem na dobre poznanie się mogą być pikniki międzykulturowe – takie jak ten, który w ubiegłym roku odbył się w ogrodzie społecznościowym na Chyloni i na którym bawiły się osoby m.in. z Iranu, Białorusi, Filipin czy Ukrainy. Podobne spotkania są też ważne dla uczniów Izabeli Rutkowskiej. Jak wyjaśnia, metodologia nauki języka polskiego jako obcego zakłada podział uczniów na grupy na podstawie ich pierwszego języka. Na lekcjach ze Słowianami nauczycielka może mówić po polsku w zasadzie tak, jak na co dzień. Podczas zajęć z uczniami anglojęzycznymi czasami musi posłużyć się językiem angielskim. To wbrew sztuce, ale pewne kwestie wyjaśniane po polsku mogą być niezrozumiałe. Trzeba też pamiętać o osobach posługujących się językiem arabskim, które piszą od prawej do lewej.

Izabela Rutkowska planuje utworzyć od września wspólne grupy dla uczniów anglojęzycznych i Słowian, by dać im kolejną okazję do integracji.

***

Praca Izabeli Rutkowskiej i Swietlany Rosliakovej to część ogólno gdyńskich działań przeznaczonych dla mieszkających w naszym mieście cudzoziemców. W 2016 roku w Gdyni zawiązała się bowiem grupa na rzecz wspierania imigrantów, w skład której wchodzą przedstawiciele: Miejskiego Ośrodka Gdynia, Laboratorium Innowacji Społecznych, Powiatowego Urzędu Pracy, Banku Żywności, Stowarzyszenia Gaudium Vitae, Stowarzyszenia Ovum, SP nr 26, Muzeum Emigracji i Straży Granicznej. Od 2017 roku przy ul. Wolności 11b działa natomiast Punkt Informacyjny dla Uchodźców.

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

Droga Użytkowniczko, Drogi Użytkowniku portalu internetowego www.urbanlab.gdynia.pl

Uprzejmie informujemy, że od 25 maja 2018 r. obowiązuje tzw. RODO, czyli Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE. Nowe prawo wprowadza zmiany w zasadach regulujących przetwarzanie danych osobowych.

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Szczegółowe zapisy znajdziesz w nowej polityce prywatności portalu internetowego www.urbanlab.gdynia.pl. Jednocześnie informujemy, że Państwa dane są przetwarzane w sposób bezpieczny, z należytą starannością i zgodnie z obowiązującymi przepisami.