URBAN LAB

Miejsce spotkań mieszkańców, aktywistów i urzędników, którzy wspólnie wypracowują i wdrażają rozwiązania odpowiadające na wyzwania stojące przed Gdynią.

Gdy w ubiegłym roku Zespół Teatru Gdynia Główna przez kilka tygodni towarzyszył uczniom SP nr 47 z doświadczeniem migracyjnym nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że do powstającego na tej kanwie scenariusza życie dopisze kolejne rozdziały. W efekcie tamtych rozmów, spacerów, wzajemnego poznawania się i budowania zaufania powstał niezwykły spektakl: opowieść młodych ludzi o tym, jak trudno znaleźć się w nowym mieście i zaczynać od zera, o niezrozumieniu – również dosłownym, o tęsknocie i nadziei. To też opowieść o tym, jak wiele teatr może zmienić. Spektakl będzie można zobaczyć już w środę i czwartek, 10 i 11 sierpnia, w ramach Festiwalu „Pociąg do Miasta”.
Gdyby ktoś zapytał: „Co jest ważne przy przeprowadzce do innego kraju” zapewne większość z nas odpowiedziałaby „Formalności”. Ale czy nie równie istotne jest poznanie naszych nowych sąsiadów? Ich języka, kultury i zwyczajów, by lepiej się zrozumieć, by mieć wokół siebie życzliwych ludzi, by te pierwsze dni w nowym miejscu były prostsze? W przejściu przez tę zmianę pomagają Sviatlana Rasliakova i Izabela Rutkowska: animatorki integracji międzykulturowej w Laboratorium Innowacji Społecznej w Gdyni. O ich pracy – w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.
Od 15 lat gdyńskie Centrum Integracja wspiera osoby z niepełnosprawnością w wejściu i powrocie na otwarty rynek pracy. Rocznie z bezpłatnej oferty centrum korzysta nawet 400 osób – a dla każdej z nich ta oferta układana jest indywidualnie, by odpowiadała potrzebom, zainteresowaniom, możliwościom. To sprawia, że wsparcie jest skuteczne. O sposobie Integracji na aktywizację osób z niepełnosprawnościami – w dzisiejszej odsłonie cyklu „Twarze Pomagania”.
TWARZE POMAGANIA: MARTYNA WINNICKA WSPIERA GDYŃSKĄ MŁODZIEŻ. „NIKT MI TERAZ NIE POWIE, ŻE JESTEM BOOMEREM”!
- To nie ja obmyślam kolejne działania, to życie przynosi potrzeby, a my na nie reagujemy – zastrzega ks. Jacek Socha, proboszcz parafii św. Mikołaja. Ale to dzięki niemu 13 lat temu w Chyloni powstało Stowarzyszenie Świętego Mikołaja Biskupa, prowadzące dziś klub rodzica, placówkę wsparcia dziennego dla młodzieży i dzieci, klub seniora i kulinarną spółdzielnię socjalną. Do tego: grupy wsparcia, lekcje języka polskiego dla obcokrajowców, Zupę Chylońską i wiele innych działań… To o nich opowiada bohater dzisiejszej odsłony cyklu „Twarze Pomagania”.
Co u Ciebie? Albo raczej: coucb? Pytanie, które może być zwykłą kurtuazją, ale może też być początkiem poważnej rozmowy z kimś, kto potrzebuje pomocy w trudniejszym życiowym momencie. Taką rozmowę młodzież może przeprowadzić np. na czacie dostępnym na stronie…. coucb.pl. Codziennie przez osiem godzin czekają tu psychologowie i studenci psychologii obsługujący internetowy komunikator. Nie oceniają i nie zadają zbędnych pytań. Rozumieją i pomagają w rozwiązaniu problemu. O tym, skąd pomysł na taką formę wsparcia mówią w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania” pomysłodawcy i twórcy gdyńskiego czatu oraz infolinii coucb.pl.
Gdy powstawała pięć lat temu, była pierwsza w Polsce – i wciąż jest unikatowa. Strona gdyniawspiera.pl to gdyńska baza miejsc, w których bezpłatnego wsparcia specjalistów mogą szukać osoby w kryzysach. To baza inna niż wszystkie, bo odwraca porządek wyszukiwania: użytkownik rozpoczyna od ogólnego określenia trapiącego go problemu, by – doprecyzowując na kolejnych podstronach – trafić na dane kontaktowe miejsca, w którym może uzyskać pomoc. – To rozwiązanie przyszło mi do głowy po latach pracy w systemie pomocy społecznej – mówi w dzisiejszej odsłonie cyklu „Twarze Pomagania” Przemysław Lebiedziński, dyrektor Zespołu Placówek Specjalistycznych w Gdyni.
Od dziesięciu lat każdego dnia Grzegorz Dziedzic i Maciej Kruszyński, streetworkerzy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Gdyni, docierają do osób, które z różnych powodów zmagają się z kryzysem bezdomności ulicznej. Zabezpieczają ich podstawowe potrzeby, pomagają w uregulowaniu spraw urzędowych, namawiają do podjęcia próby zmiany życia. I choć często odbijają się od ściany niechęci, bez wahania mówią: - Ta praca ma sens. Ratujemy życie.
UrbanLab Gdynia gościł u siebie naukowców, badaczy i ekspertów, którzy podczas seminarium dyskutowali o kwestiach związanych z siecią zbiorowego zaopatrzenia w żywność oraz współpracy producentów z konsumentami.
Wsparcie, pomoc w nauce, dobre słowo, rzucony ukradkiem uśmiech, a czasem po prostu zwykła rozmowa – działania wśród i na rzecz młodzieży choć potrzebne, nie zawsze są łatwe. Szczególnie dla osoby, która dopiero uczy się naszego języka. Hania Yakovliewa podjęła to wyzwanie i przez rok wspierała pracę gdyńskiej Wymiennikowni.

WARTO POZNAĆ NIE/ZNAJOMYCH

Gdy w ubiegłym roku Zespół Teatru Gdynia Główna przez kilka tygodni towarzyszył uczniom SP nr 47 z doświadczeniem migracyjnym nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że do powstającego na tej kanwie scenariusza życie dopisze kolejne rozdziały. W efekcie tamtych rozmów, spacerów, wzajemnego poznawania się i budowania zaufania powstał niezwykły spektakl: opowieść młodych ludzi o tym, jak trudno znaleźć się w nowym mieście i zaczynać od zera, o niezrozumieniu – również dosłownym, o tęsknocie i nadziei. To też opowieść o tym, jak wiele teatr może zmienić. Spektakl będzie można zobaczyć już w środę i czwartek, 10 i 11 sierpnia, w ramach Festiwalu „Pociąg do Miasta”.

Jacek Panek. Małgorzata Polakowska, Ida Bocian // fot. Teatr Gdynia Główna

W roku szkolnym 2021 / 2022 w Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 3 na Dąbrowie uczyło się około 1100 dzieci i młodzieży. Około 50 z nich miało doświadczenie migracyjne: wraz rodzicami przyjechały do Gdyni m.in. z Białorusi, Ukrainy, Gruzji.

Krzysztof Jankowski, dyrektor placówki przyznaje, że zwłaszcza na początku jest im trudno. Bariera językowa sprawia, że zamykają się w swoim gronie.

– A każda bariera: czy językowa, czy kulturowa, może prowadzić do zachowań niepożądanych – zauważa. – Jestem zwolennikiem każdego działania włączającego. Gdy usłyszałem o projekcie, w ramach którego młodzi ludzie mogą opowiedzieć o swoich przeżyciach, by na tej podstawie powstało przedstawienie teatralne dzięki któremu inni uczniowie będą mogli ich poznać – od razu pomyślałem o dzieciach z naszej szkoły.

Spektakl „Nie/znajomi” – bo tak finalnie został zatytułowany – stanowił część realizowanej wówczas przez UrbanLab Gdynia „Ścieżki szytej na miarę”. Składała się z czterech elementów zaprojektowanych i powiązanych tak, by przeciwdziałać i uwrażliwiać na niepokojące tendencje wśród młodzieży, nasilone w wyniku pandemii.

– Z badań wynikało, że jednym z negatywnych skutków sytuacji kilkunastu miesięcy pandemii i związanych z nią lockdownów dla młodych ludzi było osamotnienie. To szczególnie dotkliwe dla osób z doświadczeniem migracyjnym: bez wsparcia, jakie daje rodzina większa niż krąg najbliższych, ze wszystkimi ograniczeniami wynikającymi z nieznajomości języka, kultury, miasta – podkreśla Michał Guć, wiceprezydent Gdyni ds. innowacji. – Wiemy, jak trudne może to być, dlatego prowadzimy w Gdyni systemowe działania, by wesprzeć naszych nowych mieszkańców, ale też uwrażliwić mieszkańców w różnym wieku. Spektakl zrealizowany w Teatrze Gdynia Główna skierowany jest do młodych ludzi. Niemalże pół roku po wybuchu wojny w Ukrainie zyskał jednak zupełnie nowy wymiar. Na trudne doświadczenia związane z przeprowadzką do innego kraju nakładają się bowiem traumy związane z sytuacją wojenną: ucieczką z rodzinnego domu, koniecznością pozostawienia w Ukrainie bliskich i całego dobytku, niepewnością co do tego kiedy i czy w ogóle powrót będzie możliwy.

– Zależało nam, by młodzieży z doświadczeniem migracji dać okazję do opowiedzenia o niełatwej codzienności, a nas samych zmusić do refleksji, pomóc we wzajemnym zrozumieniu się – zauważa Aleksandra Markowska, dyrektor Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni. – Spektakl, który powstał dzięki zaangażowaniu artystów Teatru Gdynia Główna oraz nauczycieli i uczniów Szkoły Podstawowej nr 47 nikogo nie pozostawia obojętnym. Opowiada prawdziwe, często brutalnie prawdziwe, historie czworga młodych ludzi z Ukrainy, Białorusi i Gruzji, których rodziny osiedliły się w Gdyni. Dziś, w sytuacji wojny toczącej się tuż za naszą granicą i faktu, że wielu z nas ma za sąsiadów osoby uchodźcze, wydźwięk „Nie/znajomych” jest jeszcze głębszy.

Oleksandr, Roman, Nini, Veronica i Tatiana przez kilka tygodni spotykali się z ekipą Teatru Gdynia Główna. Pracowali metodą dramy, często stosowaną w leczeniu traum, w szczególności związanych z utratą. Spotykali się w teatrze, razem przemierzali Dąbrowę opowiadając o swojej codzienności. W siedzibie teatru wspólnie zbudowali miasto marzeń. I powstał godzinny spektakl w reżyserii Ewy Ignaczak i Marka Kościółka. Historie młodych ludzi przedstawiają Małgorzata Polakowska, Ida Bocian i Jacek Panek.

Ida Bocian // fot. Teatr Gdynia Główna

– Siła działania, które zaproponowała Ewa, Ida i reszta ekipy polega na tym, że zrobiliśmy wszystko od A do Z. Poznaliśmy naszych bohaterów podczas rozmowy, ale też po prostu spędzając z nimi czas. Jedną z ważniejszych rzeczy przy tego typu projektach jest zaufanie, doświadczenie i empatia – mówił po jednym z pierwszych spektakli Marek Kościółek. – Scenariusz, który napisała Ewa, to wybór z bardzo obszernego materiału, dokonany z wielką uważnością.

­Oleksandr, Roman, Nini, Veronica i Tatiana opowiedzieli o swojej codzienności w rodzinnych domach, powodach dla których ich rodziny zdecydowały się zacząć od nowa w nowym kraju, o barierze jaką postawiły między nimi a rówieśnikami język i kultura, o przykrych sytuacjach, jakich doświadczali za sprawą szkolnych koleżanek i kolegów, o wielkiej tęsknocie, nadziei na dobrą przyszłość i możliwościach, jakie daje im życie w innym kraju. To opowieść przejmująca, w 100 procentach szczera.

– Teatr faktu, bo po tę formę sięgnęliśmy, postrzegany jest jako formuła dokumentu, bez środków artystycznych – wyjaśnia Ewa Ignaczak. – Zdecydowaliśmy się na nie, bo dzięki nim można więcej wyrazić. Spektakl staje się ciekawszy i dla młodego odbiorcy, i dla aktorów.

Emocje towarzyszące „nie/znajomym” dotykają wszystkich: bohaterów, aktorów, reżyserów, widownię.

Małgorzata Polakowska i Jacek Panek // fot. Teatr Gdynia Główna

Po pierwszych spektaklach artyści mówili tak:

Ida Bocian (Nini): – Znam naszych bohaterów i to utrudniło mi zadanie. Moment, w którym pokazaliśmy im spektakl był niezwykle emocjonalny. Poczułam potworny ciężar, jakbym grała z kamieniami. Popatrzyłam im w oczy i nagle złapałam się na tym, że mówię o Weronice do Weroniki. Tak się tym speszyłam, że zaczęłam uciekać wzrokiem…. Takie rzeczy od lat mi się nie zdarzały, byłam zaskoczona swoją reakcją. Ale potem przypomniałam sobie, że tu przecież nie chodzi o mnie, tylko o cel, o ważną sprawę i formę, która pozwala czuć się bezpiecznie.

Małgorzata Polakowska (Tatiana): – Sukcesem było dla mnie, gdy po pierwszym spektaklu moja bohaterka powiedziała mi: „Jestem taka sama. Tak samo się zachowuję, to były moje emocje, nie tylko moje słowa”. Nie było mi trudno zidentyfikować się z postacią. Obie jesteśmy inne, dziwne – więc ją rozumiem. A ona w tym wszystkim nie jest słaba, tylko walcząca i dumna. Bardzo mi zależało, żeby stanąć w jej obronie i zaprezentować ją jako silną, pewną siebie. Mam nadzieję że znajdzie kogoś, kto zasługuje na jej przyjaźń.

Małgorzata Polakowska i Jacek Panek // fot. Teatr Gdynia Główna

Jacek Panek (Sasza, Weronika): – Cały czas czułem odpowiedzialność za sposób, w jaki pokażemy historię i za to, jak zareagują rówieśnicy. Wyzwaniem było dla mnie pierwsze spotkanie – nie znałem Saszy, widziałem tylko film w którym się wypowiada. Skonfrontowanie tego, że gram dwie postaci z Saszą, który ma za chwilę zobaczyć spektakl, było dla mnie bardzo onieśmielające i trudne. W dniu premiery też to czułem, ale finał uruchomił ogromne emocje. Poczułem lekkość: to, czy historia została lepiej czy gorzej zagrana, zostało na drugim planie. Najważniejsze były emocje.

Bo pokaz premierowy zakończył się w sposób, którego nikt z całą pewnością nie przewidział.

– Po premierze pomyliliśmy światła: zamiast je zgasić, zostały zapalone. I okazało się, że część dzieci płacze – relacjonuje Ewa Ignaczak. – Na widowni była pani psycholog – zareagowała, by wyciszyć emocje. Ale wtedy nagle odezwała się dziewczynka – była przyjaciółka Tatiany. Przy wszystkich przeprosiła Tatianę przyznając się, że to ona używała przezwisk, o których mówiła grająca Tatianę Małgosia Polakowska.

Dziś w Gdyni mieszka 2625 dzieci z doświadczeniem migracyjnym. W gdyńskich placówkach edukacyjnych, według danych z czerwca tego roku, uczyło się 1600 dzieci z doświadczeniem uchodźczym.

– Gdynia to niezwykłe miasto, w którym żyją ludzie mający wielkie serca – podkreśla Bartosz Bartoszewicz, wiceprezydent Gdyni ds. jakości życia. – Wiele milionów obywateli Ukrainy zmuszonych było z dnia na dzień uciekać z rodzinnego kraju w celu ratowania życia swojego i swoich bliskich. Tysiące z nich znalazło bezpieczną przystań w naszym mieście, a gdynianki i gdynianie natychmiast ruszyli z pomocą. Na początku najważniejsze było zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb naszych gości, z czasem jednak, zaczęliśmy bardzo mocno koncentrować się nad wielką potrzebą, jaką było przywrócenie im poczucia bezpieczeństwa. Pomoc dla najmłodszych jest szczególna i nasi pedagodzy robią bardzo dużo, by uczynić ich świat choć trochę lepszym.

Do refleksji o tym, jak wiele zależy od każdego z nas – i jak jednocześnie niewiele potrzeba, by świat osób z doświadczeniem migranckim czy uchodźczym był lepszy – skłaniają właśnie „Nie/znajomi”. Najbliższa okazja, by zobaczyć spektakl, już w środę i czwartek, 10 i 11 sierpnia, o godz. 21 na placu targowym przy Hali Rybnej (wejście od ul. Wójta Radtkego).  Aktorzy Teatru Gdynia Główna zaprezentują go w ramach ósmej edycji festiwalu teatrów offowych „Pociąg do miasta”.

– Wahaliśmy się, czy na tegorocznej edycji Festiwalu pokazać akurat to przedstawienie. Przecież powstało ono jeszcze przed inwazją Rosji na Ukrainę, a do tego było skierowane do bardzo konkretnego odbiorcy – młodych ludzi. Ale doszliśmy do wniosku, że warto po raz kolejny oddać naszym bohaterom głos. Bo w trudnej codzienności rodzin, które niedawno przeprowadziły się do Polski, młodzież często musi sobie radzić sama. To przedstawienie pokazuje ich emocje: tęsknotę za opuszczonym domem i ogromne pragnienie akceptacji w nowym środowisku – ale są one przecież nie tylko jednostkowe, ale i uniwersalne. Chcemy przypomnieć naszym rodakom – młodszym i starszym, że niewiele potrzeba, by szybciej poczuli się jak u siebie – podsumowuje Ida Bocian.

„Ścieżka szyta na miarę” realizowana była w ramach zadania „Adaptacja Koncepcji Urban Lab  w Gdyni” realizowanego w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna  na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności na podstawie umowy o dofinansowanie zadania nr: DPT/BDG-II/POPT/19/19.

TWARZE POMAGANIA. BY GDYNIA STAŁA SIĘ DOMEM

Gdyby ktoś zapytał: „Co jest ważne przy przeprowadzce do innego kraju” zapewne większość z nas odpowiedziałaby „Formalności”. Ale czy nie równie istotne jest poznanie naszych nowych sąsiadów? Ich języka, kultury i zwyczajów, by lepiej się zrozumieć, by mieć wokół siebie życzliwych ludzi, by te pierwsze dni w nowym miejscu były prostsze? W przejściu przez tę zmianę pomagają Sviatlana Rasliakova i Izabela Rutkowska: animatorki integracji międzykulturowej w Laboratorium Innowacji Społecznej w Gdyni. O ich pracy – w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania”.

Od lewej: Sviatlana Rasliakova i Izabela Rutkowska // fot. Dawid Linkowski

Sviatlana Rasliakova jest psycholożką. Jak mówi, wykształcenie dało jej teoretyczne podstawy zrozumienia, na czym polega adaptacja. Ale znaczenie tego słowa zna też bardzo dobrze z własnego doświadczenia.

– Jestem z Białorusi, przechodziłam emigrację, jej kolejne etapy i syndromy – mówi. – Na przykład poczucie, że jest się drugorzędnym: że z wielu rzeczy nie można korzystać, na wiele się nie zasługuje… A przecież nie do końca tak jest. W swojej pracy próbuję pokazać mieszkającym w Gdyni Ukraińcom, Białorusinom i Rosjanom że są tu mile widziani, że Polacy są bardzo otwarci i że chcą ich poznać.

Gdy Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku rozpoczęło realizację projektu „Cześć” Sviatlana Rasliakova została jego uczestniczką. Dla nowych mieszkańców Gdańska to okazja by spotkać się, porozmawiać, lepiej poznać. Sviatlana program ukończyła, później była w nim wolontariuszką, aż wreszcie została zatrudniona i poprowadziła dwie edycje „Cześć”.

Od dwóch lat Sviatlana Rasliakova pracuje w Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni: początkowo w UrbanLab Gdynia zaangażowana była w tematy związane z adaptacją imigrantów (pracowała m.in. nad informatorem dla nowych mieszkańców Gdyni), a teraz w Dziale Przestrzeni Społecznych – jako specjalistka ds. animacji międzykulturowej – zajmuje się integracją mieszkających w sąsiedztwie Przystani Polaków i cudzoziemców. Współpracuje z Izabelą Rutkowską, specjalistką ds. integracji międzykulturowej prowadzącą w Przystaniach lekcje języka polskiego jako obcego.

– Studiowałam w Krakowie, miałam wykłady na temat języka polskiego jako obcego – mówi Izabela Rutkowska. – Przyjechałam do Trójmiasta, robiłam „podyplomówkę”, a w ramach praktyk musiałam uczyć. Miałam okazję prowadzić lekcje w Bibliotece Gdynia. Okazało, się że jest ogromna potrzeba lekcji języka polskiego jako obcego, zwłaszcza bezpłatnych. Po praktykach uczyłam więc najpierw wolontaryjnie, później we współpracy z Urzędem Miasta. W 2017 roku zaczęłam realizować w Bibliotece Gdynia projekt „Język polski jako obcy”; po kilku latach jego część przeniosłam do Laboratorium Innowacji Społecznych.

Sviatlana Rasliakova pracuje przede wszystkim z osobami z Białorusi, Ukrainy i Rosji. Izabela Rutkowska wśród swoich uczniów ma także osoby z Filipin, Indii, Francji, Hiszpanii, USA czy rodziny afgańskie. Przyjeżdżają do Gdyni do pracy, do męża Polaka czy żony Polki, na wolontariat – to osoby, które z różnych powodów wybrały Gdynię na swoje miejsce zamieszkania. Izabela Rutkowska podkreśla, że uchodźcy nie stanowią wśród jej uczniów większości.

Izabela Rutkowska i książka jej autorstwa “Wierszyki wspomagające naukę gramatyki” // fot. Dawid Linkowski

Izabela i Sviatlana swoje działania prowadzą w Domach Sąsiedzkich w Przystaniach.

– Często instytucje czy organizacje opracowują dla obcokrajowców specjalne programy, organizują konsultacje prawne, udzielają porad. To oczywiście jest bardzo ważne, ale czasami zapominają, że  człowiek potrzebuje drugiego człowieka – mówi Sviatlana Rasliakova. – Czasami wystarczy porozmawiać, zaprosić na herbatę, powiedzieć komuś że jest mile widziany; wytłumaczyć gdzie jest przychodnia czy jak założyć konto w banku. Czasami wystarczy po prostu być. To bardzo ważne, by obcokrajowcy mieli miejsce do którego mogą przyjść na herbatę i opowiedzieć jak im minął dzień, poznać kogoś z kim będą mogli np. spędzić święta. Doskonale pamiętam, jak w święta w akademiku byłam sama, bo wszyscy znajomi wyjechali do domów, albo gdy nie miałam z kim zjeść pączka w Tłusty Czwartek. Chodzi o to, że obcokrajowcy poczuli się tu jak w domu.

Izabela Rutkowska: – Pokazujemy Gdynię jako miasto dostępne dla nich: podpowiadamy gdzie i jak załatwić ważne sprawy, wyjaśniamy jak działają konkretne obszary życia miasta. Staramy się też trochę odczarować wizerunek urzędnika. Zwłaszcza Słowianie postrzegają urzędników jako niedostępnych.

W prowadzonych przez Izabelę Rutkowską lekcjach języka polskiego uczestniczy około 200 osób rocznie. Oczywiście, jest wśród nich rotacja: ktoś wyjedzie, dołączy ktoś nowy, ktoś przerwie lekcje z powodów osobistych. Każde spotkanie jest cenne, bo stanowi okazję do poznania się, rozmowy bazującej na różnych kulturach, doświadczeniach, punktach widzenia. To też dobra okazja do obalenia stereotypów, pozbycia się uprzedzeń. Wymiar bardziej praktyczny jest taki, że Izabela Rutkowska przygotowuje swoich uczniów do egzaminu B1, niezbędnego by otrzymać Kartę Polaka czy pozwolenie na pobyt stały.

– Swoją pracę postrzegam jako próbę odczarowania negatywnych stereotypów pokutujących w obie strony, bo przecież o Polakach też krążą nieprawdziwe opinie – mówi Izabela Rutkowska. – Pomagam w zaaklimatyzowaniu się w Gdyni i w Polsce w ogóle. Przystanie dają możliwość wykorzystania umiejętności kulinarnych, muzycznych, plastycznych, sportowych. Mieliśmy jogę prowadzoną po rosyjsku przez panią z Ukrainy, zajęcia filozoficzne po angielsku z panem z Ameryki, warsztaty kulinarne z potrawami z różnych krajów. O to chodzi: żeby Przystań była miejscem dostępnym absolutnie dla każdego.

Czasami ktoś mieszka obok Przystani, ale nie we co to za budynek i czy może tu przyjść. A gdy już przyjdzie – jest zachwycony miejscem, ofertą, atmosferą.

Nad tym, by jak najwięcej osób wiedziało o Przystani, pracuje Sviatlana. Jak mówi, jej zadanie to sprawić, by sąsiad poznał sąsiada, by mogli na sobie polegać i by w Domu Sąsiedzkim czuli się jak… w domu.

–  Praca z drugim człowiekiem to jest proces – zastrzega. – Trudno wymyślić wydarzenie i oczekiwać, że przyjdzie na nie dużo ludzi, zaczną  się przyjaźnić i stworzą społeczność. Nie. To praca krok po kroku: spotkania, relacje, budowanie zaufania.

Sviatlana Rasliakova // fot. Dawid Linkowski

To wszystko ma zupełnie nowy wymiar od dnia napaści Rosji na Ukrainę. Tuż po wybuchu wojny Sviatlana pracowała z przybywającymi do Gdyni uchodźcami. Dziś szczerze przyznaje, że wyzwaniem w najbliższym czasie może być ponowne ułożenie dobrych relacji między Ukraińcami, Rosjanami i Białorusinami, ale też między Polakami i Białorusinami czy Rosjanami.

– Wiele osób z Ukrainy nie wie jaka jest sytuacja na Białorusi, jak Białorusini reagują na to co się dzieje i że też cierpią – podkreśla. – Myślę że najważniejsze to pamiętać, że w tym wszystkim jest człowiek, nie kraj czy narodowość.

Sposobem na dobre poznanie się mogą być pikniki międzykulturowe – takie jak ten, który w ubiegłym roku odbył się w ogrodzie społecznościowym na Chyloni i na którym bawiły się osoby m.in. z Iranu, Białorusi, Filipin czy Ukrainy. Podobne spotkania są też ważne dla uczniów Izabeli Rutkowskiej. Jak wyjaśnia, metodologia nauki języka polskiego jako obcego zakłada podział uczniów na grupy na podstawie ich pierwszego języka. Na lekcjach ze Słowianami nauczycielka może mówić po polsku w zasadzie tak, jak na co dzień. Podczas zajęć z uczniami anglojęzycznymi czasami musi posłużyć się językiem angielskim. To wbrew sztuce, ale pewne kwestie wyjaśniane po polsku mogą być niezrozumiałe. Trzeba też pamiętać o osobach posługujących się językiem arabskim, które piszą od prawej do lewej.

Izabela Rutkowska planuje utworzyć od września wspólne grupy dla uczniów anglojęzycznych i Słowian, by dać im kolejną okazję do integracji.

***

Praca Izabeli Rutkowskiej i Swietlany Rosliakovej to część ogólno gdyńskich działań przeznaczonych dla mieszkających w naszym mieście cudzoziemców. W 2016 roku w Gdyni zawiązała się bowiem grupa na rzecz wspierania imigrantów, w skład której wchodzą przedstawiciele: Miejskiego Ośrodka Gdynia, Laboratorium Innowacji Społecznych, Powiatowego Urzędu Pracy, Banku Żywności, Stowarzyszenia Gaudium Vitae, Stowarzyszenia Ovum, SP nr 26, Muzeum Emigracji i Straży Granicznej. Od 2017 roku przy ul. Wolności 11b działa natomiast Punkt Informacyjny dla Uchodźców.

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

TWARZE POMAGANIA: CENTRUM INTEGRACJA

Od 15 lat gdyńskie Centrum Integracja wspiera osoby z niepełnosprawnością w wejściu i powrocie na otwarty rynek pracy. Rocznie z bezpłatnej oferty centrum korzysta nawet 400 osób – a dla każdej z nich ta oferta układana jest indywidualnie, by odpowiadała potrzebom, zainteresowaniom, możliwościom. To sprawia, że wsparcie jest skuteczne. O sposobie Integracji na aktywizację osób z niepełnosprawnościami – w dzisiejszej odsłonie cyklu „Twarze Pomagania”.

Zespół Centrum Integracja przed siedzibą przy ul. Traugutta // fot. Dawid Linkowski

W lipcu 1982 roku 16-letni Piotr Pawłowski skoczył na główkę do rzeki. Złamał kręgosłup. Spędził wiele miesięcy w szpitalach i ośrodkach rehabilitacyjnych. W Ciechocinku poznał Beatę Wachowiak-Zwarę. To spotkanie było początkiem przyjaźni, ale też wspólnych przedsięwzięć na rzecz aktywnej rehabilitacji.

Gdy przekonał się, jak wiele osób nie potrafi poradzić sobie z własną niepełnosprawnością ani odnaleźć swojego miejsca w życiu postanowił stworzyć Integrację. (- Podobnie było kiedyś ze mną, gdy dowiedziałem się, że resztę życia spędzę na wózku – czytamy na stronie niepełnosprawni.pl).

 – Moim celem stało się tworzenie sprzyjających warunków, dzięki którym osoby z niepełnosprawnością będą mogły uczestniczyć w życiu społecznym w jak najszerszym wymiarze. Z drugiej strony zauważyłem, że świat osób sprawnych nie do końca rozumie i wie, jak funkcjonują osoby z różnymi niepełnosprawnościami i dlatego zacząłem podejmować działania w tym kierunku – mówił.

Piotr Pawłowski // fot. Dawid Linkowski

Działalność zaczęła się od wydawania pisma „Integracja”. Dziś Integrację tworzą organizacje pożytku publicznego: Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji i Fundacja Integracja.

Beata Wachowiak-Zwara, pełnomocniczka prezydenta Gdyni ds. osób z niepełnosprawnością, w publikacji „Piotr i przyjaciele” wspomina tak:

– Piotr szukał drogi dla siebie. Stworzył „Integrację” i zaczął zmieniać świat i ludzi…, a ja rozpoczęłam w Gdyni działalność w ramach samorządu. Patrzyliśmy w tym samym kierunku, czuliśmy bezradność wobec własnej niepełnosprawności i otaczających barier… Chcieliśmy to zmieniać, każde na swój sposób, ale wzajemnie się wspierając.

Cztery lata po powstaniu Centrum Integracja w Warszawie Piotr Pawłowski zaproponował utworzenie takiego miejsca w Gdyni.

– Byliśmy zachwyceni – przyznaje Beata Wachowiak-Zwara. – Po pierwsze mieliśmy częściej gościć Piotra w Gdyni, po drugie traktowaliśmy Integrację jak „okno na świat”. Kampanie społeczne Integracji były nowatorskie, niejednokrotnie poruszające, robione przez najlepsze agencje reklamowe w Polsce. Nikt przedtem tak nie przedstawiał osoby z niepełnosprawnością. Piotr był inspiratorem i animatorem zmian w Polsce, rozmawiał i przekonywał najwyższe władze w Polsce, próbował wdrażać najlepsze rozwiązania światowe dla osób z niepełnosprawnościami. Miał niesamowity dar przekonywania, uwodził… Mając Centrum Integracji w Gdyni czuliśmy się cząstką tych zmian. My w Gdyni zmienialiśmy naszą lokalna rzeczywistość, Piotr zmieniał świat.

Centrum Integracja Gdynia powstało 19 marca 2007 roku w prestiżowym miejscu przy ul. Świętojańskiej, w centrum miasta.

– Prezydent Gdyni Wojciech Szczurek zdecydował aby właśnie taki lokal przekazać Integracji, który podkreśli ważność jej działań dla mieszkańców Gdyni – zauważa Beata Wachowiak-Zwara.

Beata Wachowiak-Zwara – pełnomocnik prezydenta ds. osób z niepełnosprawnością na gali konkursu “Gdynia bez barier” w 2019 roku // fot. Dawid Linkowski

Pierwszą dyrektor Centrum Integracja Gdynia została Ewa Depka, wcześniej szefowa Referatu Współpracy z Zagranicą Urzędu Miasta Gdyni.

– Piotr był częstym gościem w Gdyni a ja, jeżdżąc w delegacje, przywoziłam pomysły i doświadczenia naszych zagranicznych partnerów – czytamy w publikacji „Piotr i przyjaciele”. – Z jednego z takich wyjazdów przywiozłam dokument „Agenda 22”, który dzięki otwartości władz Gdyni na długo zaprogramował działania miasta na rzecz osób z niepełnosprawnością.

Od początku w gdyńskiej Integracji pracuje Michał Urban. Został zatrudniony jako pośrednik do spraw zatrudnienia, dziś jest prawnikiem wyspecjalizowanym w zagadnieniach dotyczących osób z niepełnosprawnościami.

Monika Merkel, koordynatorka Centrum Integracja w Gdyni zauważa, że choć przez tych kilkanaście lat idea przyświecająca Integracji nie zmieniła się – a jest nią przede wszystkim aktywizacja zawodowa osób z niepełnosprawnością – to zmieniło się podejście do niepełnosprawności, pojawiły się zupełnie nowe możliwości udzielania wsparcia: chociażby w postaci projektów z dofinansowaniem unijnym.

Monika Merkel, koordynatorka Centrum Integracja w Gdyni // fot. Dawid Linkowski

– W 2007 roku w Polsce jeszcze się o niepełnosprawności za bardzo nie mówiło, była trochę tematem tabu. To nowoczesne podejście dopiero się zaczynało, a Piotr Pawłowski był tego prekursorem – mówi Monika Merkel.

Dziś Centrum Integracja w Gdyni działa przy ul. Traugutta 2. Jego ekipa to sześcioro pracowników etatowych oraz współpracujący specjaliści: czworo psychologów, trzech konsultantów niezależnego życia, prawnik.

– Prowadzimy działania informacyjne, czyli porady prawne i doradztwo socjalne. Mamy pośrednictwo pracy, doradztwo zawodowe. Realizujemy projekty aktywizacji zawodowej finansowane przez PFRON, ale też przez miasto Gdynia czy Unię Europejską – wylicza Monika Merkel.

Nie wszyscy są w stanie poradzić sobie z ograniczeniami wynikającymi z własnej niepełnosprawności. Czują lęk przed tym, jak mogą zostać ocenieni; mają obawy, czy sobie poradzą. I właśnie w pokonaniu tych barier wspierają ich pracownicy Integracji.

– Mamy dietetyczkę, prawnika, rehabilitanta i wizażystkę, która pomaga budować poczucie własnej wartości – wylicza Monika Merkel. – Pomagamy osobom z różnymi rodzajami niepełnosprawności. Bezpłatną pomoc może znaleźć u nas każdy, kto ma orzeczenie. Wchodząc na rynek pracy osoby z niepełnosprawnościami muszą zmienić sposób życia, dietę, rytm dnia. Każdą osobę traktujemy bardzo indywidualnie; szukamy obszarów które trzeba wzmocnić.

Monika Merkel podkreśla, że przy układaniu indywidualnej ścieżki wsparcia niepełnosprawność w zasadzie nie ma znaczenia.

Michał Urban // fot. Dawid Linkowski

– Problemy z jakimi ludzie do nas przychodzą mogą dotyczyć każdego, bez wyjątku – dodaje Michał Urban Owszem, są konkretne problemy związane z niepełnosprawnością, bo dotyczą przyznania renty czy przedłużenia orzeczenia, ale mamy do czynienia z alimentami, rozwodami, postępowaniami karnymi.

Anna Pietrzak, doradca zawodowy: – Mam przekonanie że nie ma takiej osoby z niepełnosprawnością której nie bylibyśmy w stanie pomóc: czy szkoleniami, czy stażami. Ale wiele zależy od woli uczestników.

W czasie naszej rozmowy Monika Merkel wielokrotnie podkreśla, że w Integracji wychodzą z założenia, że to klient jest jedynym ekspertem od swojego życia. Centrum może pomóc danej osobie tylko w zakresie jej potrzebnym i tylko na tyle, na ile ona pozwoli.

– Mamy zasoby, wiedzę i narzędzia sprawiające, że najczęściej pomagamy skutecznie – przyznaje. – Oczywiście zdarzają się rozbieżności w oczekiwaniach czy poczucie niezadowolenia klienta. Czasami musimy poinformować, że nie jesteśmy w stanie pomóc, bo problem z którym ktoś do nas przyszedł, przekracza nasze kompetencje.

W Integracji pracują osoby z niepełnosprawnościami. Ich doświadczenie jest niezwykle cenne.

Ewa Dygaszewicz od 25 lat choruje na cukrzycę typu pierwszego. Jest dietetyczką, pomaga uczestnikom Integracji.

Ewa Dygaszewicz // fot. Dawid Linkowski

– Są niepełnosprawności których nie widać, a które wymagają stałej pracy nad sobą i uważności. W moim przypadku chodzi o kontrolowanie poziomu insuliny i glikemii. Bardzo dobrze rozumiem, że to nie jest łatwe, więc żeby jeszcze lepiej wspomagać i pracować z osobami z niepełnosprawnością ukończyłam psychodietetykę – mówi. I podkreśla, że wiele osób nie uświadamia sobie, jak ważne dla osób z niepełnosprawnością jest odpowiednie odżywianie. – Nie chodzi o napisane jadłospisu, ale stworzenie całodziennego planu – schematu pozwalającego na lepsze funkcjonowanie. Wiele leków działa lepiej, jeśli posiłki są spożywane regularnie i jeśli są odpowiedniej jakości. To bardzo ważne, żeby dbać o siebie.

Często dopiero w Integracji osoby dowiadują się, jak wielkie znaczenie ma odpowiednia dieta czy konkretny rodzaj rehabilitacji.

Żyją tak, jak potrafią a nie zawsze wiedzą, że można żyć odrobinę lepiej. U nas taką informację mogą uzyskać – mówi Władysław Herman, od listopada 2021 roku specjalista do spraw osób z niepełnosprawnością w Centrum Integracja w Gdyni. – W 2007 roku miałem wypadek. Gdy „przeskoczyłem” ze świata osób sprawnych do świata osób z niepełnosprawnościami nie potrafiłem się odnaleźć. Ze swoją nową sytuacją zacząłem się godzić dzięki panu z Integracji. Przyjechał do mnie do szpitala – a sam poruszał się na wózku, i wytłumaczył mi wiele rzeczy. Później Integracja zajęła się przeprowadzeniem mnie z trybu szpitalno-opiekuńczego do trybu aktywizacyjnego. Powoli zacząłem układać sobie życie. Przyszedł czas na rodzinę, budowę domu, studia na nowym kierunku. Gdy uznałem, że mój ogródek jest zagrabiony i wszystko jest tak, jak powinno być postanowiłem realizować się zawodowo w kierunku pomocy, którą chciałbym oddać. Kiedyś sam ją dostałem i wiem, jaka ważna jest informacja trafiająca bezpośrednio do zainteresowanej osoby.

Władysław Herman // fot. Sandra Szpręga

Pan Władysław mieszka w Kościerzynie. Do pracy w Gdyni przyjeżdża trzy razy w tygodniu. Mówi, że do dziś korzysta z podjazdów do samochodu dla wózka, które po wypadku dostał od Integracji.

Mateusz Skóra, wolontariusz Integracji, trafił na Traugutta dwa lata temu. – Chciałem znaleźć pracę, ale nie potrafiłem określić w życiu swojego miejsca, swojej drogi – przyznaje. – Dzięki warsztatom i projektom znalazłem pomysł na siebie. Teraz jestem po pierwszym roku studiów. Rok temu kompletnie sobie tego nie wyobrażałem. Gdzie ja, po trzydziestce, pójdę na studia? A jednak dzięki podpowiedziom Integracji zdecydowałem się na psychologię, żeby wspomagać inne osoby z niepełnosprawnością czy to nabytą, czy wrodzoną.

Mateusz Skóra // fot. Dawid Linkowski

Panowie Mateusz i Władysław prowadzą grupę osób z niepełnosprawnościami w ramach finansowanego przez miasto Gdynia projektu „Perspektywy”.

– Są w nim absolutnymi ekspertami przez doświadczenie – podkreśla Monika Merkel. – Ich doświadczenie jest zupełnie inną podstawą do rozmowy niż najlepsza wiedza specjalisty, który nigdy pewnych spraw w pełni nie zrozumie. Mateusz i Władek mieli dobry pomysł połączenia w jednej grupie osób, które doznały niepełnosprawności na pewnym etapie swojego życia i z tymi, które są osobami z niepełnosprawnością od urodzenia.

Rocznie, gdyńskie Centrum Integracja wspiera regularnie około 400 osób. Jest też wiele porad pojedynczych, interwencyjnych, których statystyki nie obejmują.

Centrum  Integracja współpracuje też z pracodawcami, przekonując ich do zatrudniania osób z niepełnosprawnościami.

– Bywa, że pracodawcy kojarzą niepełnosprawność tylko z niepełnosprawnością ruchową, więc czasami już na wstępie słyszymy: „Ale u nas nie ma windy” – mówi Karolina Piątek, pośredniczka pracy. – Tymczasem mamy uczestników którzy nie potrzebują windy, bo ich niepełnosprawność wynika z innych powodów. Uświadamiamy więc pracodawców. W ramach dwóch projektów aktywizacji zawodowej współfinansowanych ze środków PFRON („Niepełnosprawni – sprawni w pracy” Fundacji Integracja i „Aktywnie zdobywam pracę” Stowarzyszenia przyjaciół Integracji) organizujemy spotkania z pracodawcami, by mogli powiedzieć naszym uczestnikom jak wygląda u nich proces rekrutacji, czym się zajmuje firma, kogo zatrudnia. W ramach projektu „System Aktywizacji Społeczno-Zawodowej w Gdyni” (liderem projektu jest Laboratorium Innowacji Społecznych, projekt jest współfinansowany ze środków EFES) opłacamy uczestnikom trzymiesięczne staże. W tym czasie uczestnik zdobywa doświadczenie, a pracodawca może ocenić czy stanowisko jest dla tej osoby odpowiednie.

Karolina Piątek // fot. Dawid Linkowski

W Integracji do dyspozycji uczestników są komputery, z których można skorzystać by przejrzeć bazy ofert pracy czy przygotować CV. Można liczyć na pomoc doradcy zawodowego. Największa satysfakcja jest wtedy, gdy klient może sam przygotować i wysłać dokumenty, gdy zostaje zaproszony na spotkanie się z pracodawcą. I tu też można liczyć na podpowiedzi: jak zachować się na rozmowie kwalifikacyjnej, jak mówić o niepełnosprawności by pokazać, że ona nie wpływa na jakość pracy. Można też liczyć na udział w potrzebnym szkoleniu – Anna Pietrzak mówi, że Integracja jest w stanie dopasować w zasadzie każdą formę (z wyjątkiem nauki języków i kursu na prawo jazdy). Warto jednak pamiętać, że z pomocy Integracji mogą korzystać jedynie osoby niepracujące: nie wspiera tych, którzy chcą zmienić pracę.

Anna Pietrzak // fot. Sandra Szpręga

Centrum Integracja działa w gdyńskiej sieci, współpracuje z miejskimi instytucjami i jednostkami, ale także z innymi organizacjami pozarządowymi. To pozwala działać szerzej, odważniej, skutecznej.

Co dwa miesiące w siedzibie przy Traugutta pojawia się nowy numer magazynu „Integracja” wydawanego przez Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji w Warszawie. To kopalnia wiedzy i aktualnych informacji na temat niepełnosprawności. Warto też zaglądać na portal niepelnosprawni.pl. gdzie są dostępne praktyczne, ważne wiadomości.

Wsparcie, jakie osoby z niepełnosprawnościami mogą otrzymać w Centrum Integracja w ramach prowadzonych tu projektów, jest bezpłatne i unikatowe.

Władysław Herman: – Może nie zawsze podamy rozwiązanie na tacy. Po wypadku dostałem od Integracji przysłowiową wędkę, łowiłem sobie te ryby i dotarłem aż tutaj… Cały czas staramy się te wędki rozdawać i pokazywać drogę.

***

W 2004 roku Piotr Pawłowski został honorowym obywatelem Gdyni.

Zmarł nagle 8 października 2018 r. w Warszawie.

W 2019 roku, w dowód pamięci, Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni ustanowił nagrodę imienia Piotra Pawłowskiego. Przyznawana jest osobom, które wyznaczają w Polsce nowe standardy społeczne, zmieniają rzeczywistość oraz poszerzają świadomość społeczną.

Kontakt z Centrum Integracja
Centrum Integracja w Gdyni
ul. Traugutta 2
81-388 Gdynia
tel. 505 606 776
e-mail: gdynia@integracja.org
Centrum Integracja w Gdyni czynne jest od poniedziałku do piątku w godzinach 8.00-16.00.

Cykl „Twarze pomagania powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności.

TWARZE POMAGANIA: MARTYNA WINNICKA WSPIERA GDYŃSKĄ MŁODZIEŻ. „NIKT MI TERAZ NIE POWIE, ŻE JESTEM BOOMEREM”!

Praca z młodzieżą może być sporym wyzwaniem. Martyna Winnicka, koordynatorka Wymiennikowni znalazła jednak najlepszy sposób na ty, by młodych mieszkańców Gdyni wspierać i zachęcać do rozwoju. Do Wymiennikowni chętnie przychodzą dziś całe grupy młodych ludzi, którzy czują się tam jak w domu.

Martyna Winnicka koordynuje pracą gdyńskiej Wymiennikowni/fot. archiwum prywatne

Skąd u Martyny Winnickiej wziął się pomysł na pracę z młodzieżą? – Sama nią jestem! – śmieje się i dodaje:  – Znając swoje potrzeby, jako osoby młodej i aktywnej, łatwiej jest zrozumieć mi potrzeby innych osób w podobnym wieku. Co prawda, przedział wiekowy uczestników Wymiennikowni to 13-35 lat, czyli nastolatkowie oraz młodzi dorośli, ale te potrzeby są dla nas uniwersalne.

Martyna wyjaśnia, że chodzi przede wszystkim o potrzebę samorealizacji, rozwoju oraz poczucia przynależności i bezpieczeństwa. – Czyli o wszystko to, czego sama potrzebuję i staram się zapewnić innym poprzez budowanie relacji i wzajemnego zaufania. A poza tym lubię rozmawiać, wspólnie żartować i wygłupiać się i tej energii szukam w innych młodych ludziach – wyjaśnia.

W Wymiennikowni Martyna pracuje już ponad cztery lata, tę pracę rozpoczęła od razu po studiach. – Mogłoby się wydawać, że osoba kończąca Akademię Sztuk Pięknych wolałaby wybrać zawód bardziej twórczy czy kreatywny, ale to właśnie praca w tym miejscu daje mi nieograniczone obszary do działań – wyjaśnia.

Na pytanie o to, co inspiruje ją do rozmaitych działań na rzecz młodych ludzi, Martyna odpowiada krótko: – Inspirują mnie ludzie – i dodaje: – I Ci młodsi i starsi. Generalnie wszyscy, którzy mają odwagę, by się realizować i inspirować innych do działania, dzielić się doświadczeniami i energią. Śledzę aktualne trendy młodzieżowe i zajawki, które akurat kręcą młodych. A to zmienia się jak w kalejdoskopie, więc nie narzekam na nudę. Codziennie odkrywam coś nowego.

Koordynatorka Wymiennikowni nie poprzestaje na rozmowach z młodzieżą. Stara się także zapewnić im jak najlepsze warunki do kreatywnego rozwoju. – Nawiązuję kontakty z innymi podmiotami z Polski i z zagranicy, ze stowarzyszeniami, fundacjami, czy organizacjami pozarządowymi, które działają z młodzieżą i na jej rzecz. Sieciowanie jest bardzo ważnym elementem mojej pracy, pozwala mi zyskać nowe perspektywy, podejrzeć co robią inni. Martyna wyjaśnia, że to daje jej niesamowitą satysfakcję. – Dzięki możliwości dzielenia się z innymi swoją wiedzą, mam poczucie spełnienia i wierzę, że to, co robię ma sens, że to, co daję do mnie wraca.

Jak na absolwentkę Akademii Sztuk Pięknych przystało, nasza rozmówczyni nie przeczy, że sztuka jest ważnym elementem jej życia. – Do działań inspirują mnie również sztuka i natura. To właśnie z tych dwóch obszarów czerpię inspiracje do prowadzenia warsztatów rękodzielniczych w klimacie DIY, eko i zerowaste, w których udział bierze młodzież z całej Gdyni. Czas, który spędzamy wspólnie podczas tego „warsztatowania”, to również przestrzeń na wspólne pogawędki i zacieśnianie relacji. Mamy tutaj przestrzeń, w której każdy może opowiedzieć o tym, co sam w życiu robi, co potrafi, a czego chciałby się nauczyć. Ta synergia to motor do działania!

Takie intensywne działania czasami sprawiają, że łatwo się wypalić. Martyna Winnicka podkreśla, że dzięki temu, że w pracy codziennie robi coś innego, łatwiej jej zachować pozytywną energię. – Każdego dnia staję przed nowymi wyzwaniami, codziennie z kimś innym rozmawiam. I codziennie o czymś innym. Pracując z młodzieżą nie ma możliwości na wpadnięcie w rutynę. Nigdy nie wiem, jak potoczy się mój dzień w pracy. Dbam również o rozdzielenie pracy z życiem prywatnym – stosuję zasadę 8 godzin pracy, 8 godzin snu i 8 godzin dla siebie – mówi Martyna i dodaje, że tak podzielony dzień gwarantuje jej energię i równowagę.

Martyna przyznaje, że praca z młodzieżą to zajęcie bardzo kreatywne i twórcze, ale i niepozbawione wyzwań/fot. archiwum prywatne

– Praca jest dla mnie również miejscem, w którym sama mogę się rozwijać, aktywnie i ciekawie spędzać czas. Młodzież czuje, że lubię to, co robię i że moja praca to nie tylko odbębnienie obowiązków związanych z dzieleniem roli urzędnika państwowego i animatora społecznego. A to pozwala na swobodę spędzania wspólne czasu. Czasu dla nich wolnego, a dla mnie pracowniczego,
z którego każdy z nas jest zadowolony.

Martyna podkreśla, że praca z młodzieżą jest świetna nie tylko ze względu na pozytywną energię, jaką wnoszą młodzi ludzie. – To też szansa, by się szybko nie zestarzeć! –  śmieje się nasza rozmówczyni. – Można tu nabrać dystansu do wielu spraw i pośmiać się z tych niewygodnych. Zachować werwę, optymizm i poczucie humoru. Nauczyć się tańców z tiktoka, robienia bransoletek przyjaźni, młodzieżowego slangu – nikt mi teraz nie powie, że jestem boomerem! Po prostu YOLO – żyje się tylko raz.

Ale taka praca niesie za sobą sporo wyzwań. – Mierzę się ze wszystkimi tematami, które dotyczą młodych osób. Okres dojrzewania i wkraczania w dorosłość jest momentem trudnym, a jednak kluczowym i rzutującym na całe nasze życie. Wiele młodych osób zmaga się z problemami w szkole, domu i pracy. Szukają akceptacji wśród rówieśników, próbują również zaakceptować samych siebie. Podejmują próby odnalezienia własnej tożsamości, również tej płciowej. Pracuję także z młodzieżą z rodzin dysfunkcyjnych oraz z osobami z niepełnosprawnościami ruchowymi i intelektualnymi. Wymaga to ode mnie ogromu zrozumienia i cierpliwości.

To właśnie te wyzwania sprawiają, że koordynatorka Wymiennikowni nieustannie podnosi swoje kompetencje, by jeszcze lepiej zrozumieć i właściwie wspierać młodych w wyzwaniach, z którymi się zmagają. – Jednostka, w której pracuję, Laboratorium Innowacji Społecznych, daje mi przestrzeń na rozwój. Dzięki tej możliwości ukończyłam kurs pomocy socjoterapeutycznej dzieciom i młodzieży z rodzin z problemem alkoholowym, dzięki któremu nauczyłam się nie tylko tego, jak rozmawiać z młodymi o trudnościach, ale również tego, jak zadbać
o samą siebie i nie wypalić się jako pracownik społeczny.

Kompetencje i predyspozycje do tej pracy nie odcinają jednak od trudnych sytuacji. – Mimo nabytej wiedzy o tym, jak budować własne granice i nie wracać z cudzymi problemami do domu, dalej jestem osobą bardzo wrażliwą i empatyczną, czasem trudno mi także zachować obiektywizm. Wydaje mi się, że każda osoba pracująca na co dzień z w obszarach prospołecznych, wie o czym mówię. Ale zdecydowanie zamiast o tych trudnych sytuacjach, wolę rozmawiać i myśleć o tych fajnych. Jest ich też zdecydowanie więcej. Zresztą wystarczy do nas wpaść, żeby od razu poczuć, że to fajne miejsce.

Dla kogo w zasadzie jest Wymiennikownia? Dla młodych, którzy szukają swojego miejsca.  – W WM można realizować swoje zajawki, brać udział w zajęciach i warsztatach. Można również samemu je poprowadzić, by sprawdzić się w roli lidera, nabrać kompetencji organizacyjnych i budować odpowiedzialną postawę.

Martyna Winnicka podkreśla, że w Wymiennikowni można znaleźć także sporo przestrzeni na proponowane przez młodzież działania. – Nasze centrum młodzieżowe ma 300 metrów kwadratowych i każdy znajdzie tu coś dla siebie: mamy salę taneczną z lustrami, pokój ciszy, w którym można odrobić lekcje, popracować czy po prostu porozmawiać, kuchnię, w której każdy może napić się kawy i herbaty, coś pogotować. W naszej przestrzeni znajduje się dużo artykułów plastycznych i sportowych do użytku uczestników. Mamy książki, filmy dvd i gry planszowe. Niektóre rzeczy można również od nas bezpłatnie wypożyczyć. To miejsce, w którym każdy znajdzie coś dla siebie.

Co ważne do Wymiennikowni można po prostu przyjść. Posiedzieć. Pomyśleć. Pogadać. A czasem po prostu być. I to też jest potrzebne.

Bohaterka “Twarzy Pomagania” mówi, że cały zespół Wymiennikowni stara się stworzyć w tym miejscu pozytywną atmosferę, zachęcającą do spędzania tam czasu/fot. archiwum prywatne

– Budujemy wspólnie atmosferę, w której każdy może czuć się swobodnie i bezpiecznie. Wspieramy również młodych w działaniach prospołecznych i obywatelskich. Zachęcamy do działań, do wolontariatu, a także zawiązywaniu i wspieraniu inicjatyw oddolnych. Wystarczy do nas przyjść i… to tyle! – dodaje Martyna.

Szczegóły dotyczące Wymiennikowni oraz prowadzonych aktualnie działań można znaleźć na stronie: https://wymiennikownia.org/ oraz na facebookowym profilu organizacji.

Cykl „Twarze pomagania powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności.

Twarze Pomagania: ksiądz Jacek Socha

– To nie ja obmyślam kolejne działania, to życie przynosi potrzeby, a my na nie reagujemy – zastrzega ks. Jacek Socha, proboszcz parafii św. Mikołaja. Ale to dzięki niemu 13 lat temu w Chyloni powstało Stowarzyszenie Świętego Mikołaja Biskupa, prowadzące dziś klub rodzica, placówkę wsparcia dziennego dla młodzieży i dzieci, klub seniora i kulinarną spółdzielnię socjalną. Do tego: grupy wsparcia, lekcje języka polskiego dla obcokrajowców, Zupę Chylońską i wiele innych działań… To o nich opowiada bohater dzisiejszej odsłony cyklu „Twarze Pomagania”.

Ksiądz Jacek Socha/fot. Dawid Linkowski

W latach 2004-2009 ksiądz Jacek Socha był duszpasterzem w parafii na gdańskim Ujeścisku. Podczas którejś z rozmów z Aleksandrą Karasowską, psychologiem i superwizorem, usłyszał od niej o działającym w Rudzie Śląskiej Stowarzyszeniu św. Filipa Nereusza, wspierającym osoby w każdym wieku, które zmagają się z różnymi życiowymi problemami. To m.in. rodziny potrzebujące pomocy w codziennym funkcjonowaniu, osoby ubogie czy w kryzysie bezdomności.

Zastanawiałem się wtedy, dlaczego mi o tym opowiada? Przecież pracuję w nowej dzielnicy, tu są zupełnie inne wyzwania… – przyznaje ksiądz Jacek Socha, proboszcz parafii św. Mikołaja w Gdyni -Chyloni. – Krótko po tym dostałem propozycję objęcia parafii w Chyloni i już wiedziałem, po co mi była ta rozmowa.

W nowej parafii czekały na księdza z jednej strony osoby zaangażowane i chętne do tego, by działać, z drugiej: parafianie w trudniejszej sytuacji, którym potrzebna była pomoc w wyjściu na życiową prostą. Krótko po objęciu przez księdza Jacka Sochę stanowiska proboszcza do Chyloni przyjechali przedstawiciele śląskiego stowarzyszenia. Przybliżyli swoją działalność, przeprowadzili warsztaty, zainspirowali. – Zobaczyłem zapał ludzi, którzy słysząc o tym co się dzieje na Śląsku uznali, że chcieliby coś podobnego robić tutaj, w Chyloni – mówi ksiądz proboszcz. – A dla mnie było oczywiste, że skoro są ludzie, którzy chcą coś robić ze mną, to ja chcę wyjść temu naprzeciw. Zacząłem poznawać też tych, którzy mieli ogromne potrzeby: dzieci, młodzież i dorosłych. To, co stało się potem, to taki efekt kuli śnieżnej…

W grudniu 2009 roku powołano Stowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa. Jedną z jego współzałożycielek została pani Aleksandra Karasowska. Powstały klub seniora oraz świetlica socjoterapeutyczna i Klub Młodzieżowy (dziś obie te rzeczywistości tworzą Placówkę Wsparcia Dziennego SPOT Mikołaj Alternative). Było jasne, że na nich się nie skończy.

By dotrzeć do dzieci, by zachęcić je do przyjścia na zajęcia organizowane przez Stowarzyszenie, jego przedstawiciele spotykali się w szkołach z nauczycielami i pedagogami jako z tymi, którzy najlepiej znają potrzeby uczniów. Trudniej było z młodzieżą, wielu wątpiło w powodzenie klubu młodzieżowego w parafii. Efekty przyniosła metoda „kropla drąży skałę”: jedna osoba przyciągała kolejną, mówiąc „przyjdź, jest fajnie”.

Młodzież przekonywała się do nas powoli – przyznaje ks. Jacek Socha. – Wyczuwali, na ile mogą być sobą, czy to miejsce jest przyjazne, czy daje im poczucie bezpieczeństwa. I okazało się, że to nie jest siara chodzić do klubu przy kościele. Miejsce jest ważne, przestrzeń w której młodzi ludzie przebywają jest ważna, ale najważniejsze są relacje. Gdy młodzi wyczują, że wychowawca jest dla nich kimś ważnym i dobrym, to jego obecność przyciąga. Teraz wręcz nie jesteśmy w stanie przyjąć wszystkich chętnych. A dorośli dziś absolwenci klubu młodzieżowego lubią do nas przyjść i opowiedzieć co u nich słychać. To sukces i satysfakcja widzieć, jak młodzi ludzie się rozwijają. Dzięki temu, czego ich uczymy, łatwiej im odnaleźć się w życiu.

W klubie dla młodzieży działają dwie grupy: młodsza i starsza, dzięki czemu niektórzy z czasem przechodzą z jednej do drugiej. Spędzają w stowarzyszeniu wiele lat; granicą jest pełnoletność.

Z czasem okazało się, że aby skutecznie wspierać dzieci i młodzież, trzeba pracować z całą rodziną. I tak powstał Klub Rodzica. Zaczęło się od nawiązywania relacji z rodzicami, którzy odprowadzali dzieci do świetlicy; niezobowiązujące spotkania przy kawie i herbacie stały się dobrą bazą do wspólnego działania. W czerwcu Klub Rodzica zorganizował charytatywny festyn – kolejne z wielu przygotowanych razem wydarzeń.

To bardzo dobre widzieć, jak odkrywają w sobie nieuświadomione do tej pory umiejętności, jak doświadczają wspólnoty z innymi – zauważa ks. Jacek Socha.

Ksiądz Jacek Socha/fot. Dawid Linkowski

Z rodzicami w klubie pracuje Anna Matłosz. Większość osób to mamy, ale przychodzą też ojcowie. Razem wyjeżdżają na warsztaty, rekolekcje, realizują wspólne aktywności na miejscu nabywając dzięki temu nowych umiejętności i kompetencji.

Klub seniora, który prowadzi Małgorzata Chojnowska, spotyka się w każdą środę. Zjawiają się goście – prelegenci mówiący na interesujące seniorów tematy, jak zdrowie czy historia. Są też wycieczki. Przeważnie jednodniowe, ale we wrześniu czeka ich wyjazd na kilka dni do Poronina w Tatrach.

Klub seniora liczy około 40 regularnych uczestników, do świetlicy i Klubu przychodzi około 50 dzieci i młodzieży, w klubie rodzica jest około 20 osób.

Gdy spotykamy się na Wigilii zaczyna brakować miejsca. Bardzo się z tego cieszę. – uśmiecha się ksiądz proboszcz. – Przychodzą całe rodziny, jest nas ponad setka. To, że mogą usiąść razem przy stole, okazało się czymś niezwykle ważnym. Wiele rodzin nie ma doświadczenia bycia razem i tego też się uczymy.

Od pewnego czasu bardzo ważne jest dla księdza rozwijanie działalności grup wsparcia. Dziś przy parafii działają dwie grupy anonimowych narkomanów, dwie grupy anonimowych alkoholików i jedna anonimowych depresantów. – To potężna praca – podkreśla ksiądz Jacek Socha. – To, co się dzieje podczas mityngów, jest bardzo prawdziwe. W grupach wsparcia bardzo często są osoby spoza Chyloni, osobom uzależnionym dużo łatwiej uczestniczyć w takich spotkaniach w innej dzielnicy niż ta, w której mieszkają. Jestem członkiem Gminnej Komisji Przeciwdziałania Problemom Alkoholowym: propagowanie grup pomocowych widzę jako swoją część pracy w niej. Parafia jest naturalnym środowiskiem, w którym to się może dziać. Mamy dobre warunki lokalowe. Być może grupy się rozwiną. Myślę o grupie wsparcia dla DDA lub Al-Anon, bo w okolicy takich nie ma.

I wreszcie: Spółdzielnia Socjalna „Dobre Miejsce”, najnowszy projekt stowarzyszenia i parafii. – To też naturalna kolej rzeczy: zastanawialiśmy się jak pomóc niektórym naszym rodzicom w zdobywaniu pracy – i tak się narodził projekt kulinarnej spółdzielni socjalnej – mówi ksiądz. – Zaczęliśmy od kupienia foodtracka, który służy nam do dziś, choć potrzebuje dużego remontu. Nastawiliśmy się na produkcję kuchni cateringowej. Dostaliśmy duże finansowe wsparcie od Lions Clubu. Pomógł nam wyremontować piwnicę pod plebanią, dzięki czemu stała się profesjonalną kuchnią. Przygotowujemy catering na zamówienie, wkrótce foodtruck stanie blisko bulwaru. W spółdzielni pracuje teraz pięć osób. Jest jednak plan zatrudnienia kolejnych, bo czeka nas więcej pracy.

W środy spółdzielnia gotuje zupę dla potrzebujących (to m.in. osoby w kryzysie bezdomności), wydawaną przy kościele. W soboty, gdy z Zupy Chylońskiej korzysta więcej osób, gotują ją (rotacyjnie) grupy wolontariuszy z parafii. – Dzięki temu mamy bezpośredni kontakt z osobami w kryzysach. Próbujemy z nimi trochę pracować; w lipcu po raz trzeci jedziemy z nimi na jednodniową pielgrzymkę autokarową – mówi ksiądz proboszcz. – Jest część religijna, ale też okazja do bycia razem, posłuchania tych osób i ich historii. To bardzo zmienia moją perspektywę.

Co jeszcze? Parafia przyjęła trzy panie – seniorki z Ukrainy, dwie z nich podjęły w domu parafialnym  prace użyteczne społecznie. Dla osób z Ukrainy, które mieszkają na Chyloni, zorganizowano w parafii kursy języka polskiego. Jest też, działający do dziś, magazyn z odzieżą dla osób w kryzysie uchodźczym.  

W Stowarzyszeniu św. Mikołaja są zawodowi, świetni wychowawcy, ale ks. Jacek przyznaje, że gdyby nie wolontariusze ciężko byłoby sobie wyobrazić działalność na taką skalę. Zgłaszają się sami: przychodzą i deklarują, że chcą coś robić. Czasami panie, już babcie dla swoich wnuków, pomagają odrabiać lekcje. Jedno z pierwszych przedsięwzięć Stowarzyszenie nazwało „Drzewa łączą pokolenia”. Szukano miejsca, w którym uczestnicy zajęć mogliby spędzać czas na świeżym powietrzu. Zaadaptowano ogród za plebanią: projekt przygotowali razem seniorzy i dzieci.

W parafii św. Mikołaja pracuje sześciu księży. Wśród nich jest poprzedni proboszcz – ksiądz Ludwik. – Zawsze mówię, że wszedłem do jadącego pociągu; zastałem tę parafię całkiem zaangażowaną – podkreśla ks. Jacek Socha. – Ksiądz Ludwik też angażował mieszkańców, miał pomysł na parafię wspólnotową. Zaczynał w roku 1983, w trudnym czasie i w nie najłatwiejszych warunkach: mały kościółek, wielkie osiedle, stara plebania. Ale z czasem stworzył warunki komfortowe do tego, żeby możliwa była działalność na skalę taką, jak dziś.

„Prawą ręką” księdza proboszcza w pracy z młodzieżą jest ksiądz Grzegorz. Parafia realizuje projekt nowego bycia z młodymi ludźmi w kościele; bo jak mówi ksiądz proboszcz dziś jest kryzys młodzieży w Kościele. W Chyloni do formacyjnej pracy z młodymi ludźmi zaangażowani są dorośli, małżeństwa ze wspólnot, które przyjmują „pod swoje skrzydła” ośmioro młodych, przygotowujących się do Bierzmowania.

Wszystko to, co dla mieszkańców Chyloni robi parafia i Stowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa doskonale komponuje się z działaniami rewitalizacyjnymi prowadzonymi tu od ponad dekady przez gdyński samorząd.

Ksiądz Socha: – Pamiętam, że na pierwszy festyn, który zrobiliśmy jako stowarzyszenie w 2010 roku, ktoś z Urzędu Miasta przyniósł tablice, na których był projekt tego, jak zmieni się osiedle. Przyglądaliśmy się, trochę nie wierzyliśmy… Z naszymi działaniami wpisaliśmy się w projekt rewitalizacji społecznej. Zmiany w przestrzeni i praca z mieszkańcami muszą iść równolegle, tylko wtedy mają sens.

Równie ważna jest tu współpraca: ze szkołami, z Radą Dzielnicy, z mieszkańcami. – Życzę sobie ciągłego spotykania ludzi, którzy mają zapał do tego, by coś robić. Bardzo mnie podnosi na duchu,  gdy spotykam ludzi,  którzy czegoś chcą, a ja mogę to z nimi robić – przyznaje ks. Jacek. – To dla mnie bardzo wzmacniające: spotykać ludzi z szerokimi horyzontami, którzy czegoś mnie nauczą. Czasami żartując mówię, że jestem od tego, żeby „otwierać drzwi”. Nie muszę wszystkiego sam wymyślić, nie chcę kontrolować. Uczę się, by tego nie robić i gdy widzę, że ta metoda się sprawdza lubię zostawić miejsce komuś innemu: żeby działał, żeby był odpowiedzialny. Napawa mnie siłą i energią gdy widzę, że ktoś się realizuje. Takie zaufanie to ryzyko, bo nie raz się człowiek sparzy, ale wyciąga się naukę i idzie dalej. W gruncie rzeczy chodzi o to, „by przekazywać dobro dalej”.

Więcej o działalności Stowarzyszenia Świętego Mikołaja Biskupa na stronie https://bpmikolaj.pl/

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

“Twarze pomagania”: coucb?

Co u Ciebie? Albo raczej: coucb? Pytanie, które może być zwykłą kurtuazją, ale może też być początkiem poważnej rozmowy z kimś, kto potrzebuje pomocy w trudniejszym życiowym momencie. Taką rozmowę młodzież może przeprowadzić np. na czacie dostępnym na stronie…. coucb.pl. Codziennie przez osiem godzin czekają tu psychologowie i studenci psychologii obsługujący internetowy komunikator. Nie oceniają i nie zadają zbędnych pytań. Rozumieją i pomagają w rozwiązaniu problemu. O tym, skąd pomysł na taką formę wsparcia mówią w dzisiejszym odcinku cyklu „Twarze Pomagania” pomysłodawcy i twórcy gdyńskiego czatu oraz infolinii coucb.pl.

Adrianna Janowicz i Sebastian Ogiejko/fot. Dawid Linkowski

W 2020 roku wśród gdyńskich uczniów przeprowadzono badanie. Z udzielonych przez młodych ludzi odpowiedzi wynikało, że – po pierwsze – choć słyszą od nauczyciela zapewnienia „możecie ze mną o wszystkim porozmawiać” nie czują wsparcia. Po drugie: uczniowie nie mają odwagi, żeby mówić w szkole o swoich problemach. I po trzecie: młodzież nie chce mówić o swoich kłopotach w domu, żeby nie obciążać nimi bliskich.

– To był czas pandemii, pierwszego lockdownu i zdalnego nauczania – zaznacza Adrianna Janowicz, p.o. kierownik Ośrodka Interwencji Kryzysowej w Gdyni, psycholog z 10-letnim stażem. – Duża samotność, niewiele wsparcia. Dzieci i młodzież zostali w domach. Nierzadko okazywało się, że dorośli nie wiedzieli, co tak naprawdę dzieje się w ich rodzinach. Nie było wątpliwości, że trzeba jak najszybciej szukać skutecznego sposobu dotarcia do młodych ludzi, bo nierozwiązane problemy będą narastać i sytuacja z trudnej zamieni się w kryzysową. Zadanie trafiło do Zespołu Placówek Specjalistycznych w Gdyni, zajmującego się wsparciem dzieci i rodzin w prawidłowym funkcjonowaniu.

– Przez dobrych kilka godzin rozmowy rozważaliśmy z Przemysławem Lebiedzińskim, dyrektorem ZPS, różne możliwości – wspomina Sebastian Ogiejko, zastępca dyrektora Zespołu Placówek Specjalistycznych w Gdyni, psycholog z ośmioletnim stażem w gdyńskim systemie pomocy społecznej. – Aż pomyślałem o czacie. Przyszło mi do głowy, że jeśli młody człowiek miałby z domu rozmawiać z kimś o swoich problemach, a nie ma własnego pokoju, to jest kłopot. Bo jak tu zbudować jakąkolwiek intymność? Tymczasem czat umożliwia komunikowanie się ze specjalistami w zasadzie w każdych warunkach; niezależnie od tego czy ktoś jest w tym samym pokoju co rodzice, w autobusie czy jakimkolwiek innym miejscu. Może napisać i przynajmniej mieć poczucie, że ktoś to przeczytał.

– Żeby trafić do młodych ludzi potrzebny był kontent i logo, które ich przekonają – podkreśla Przemysław Lebiedziński, dyrektor Zespołu Placówek Specjalistycznych. – Mieliśmy kilka propozycji logotypu, przeprowadziliśmy wśród młodzieży małe badanie i młodzież wskazała to, co jej najbardziej pasuje. Było dla nas ważne, żeby dać młodym ludziom coś, co wybrali oni, a nie dorośli. Stronę coucb.pl zbudowała firma współpracująca pro bono z Wydziałem Edukacji Urzędu Miasta.

Czat i infolinia coucb?

Pod koniec grudnia 2020 roku do realizowanego w Gdyni programu stażowego zrekrutowano 18 osób chętnych do tworzenia i późniejszej pracy na czacie, a w połowie stycznia osoby, które przeprowadziły dla nich szkolenia.

– Tak, to był maraton, ale było też cudownie patrzeć jak młodsze osoby, które dopiero zaczynają swój staż i starsze, które oddają im wiedzę, doświadczenie i serce, razem budują fundament do działania czatu i telefonu – mówi Adrianna Janowicz. – Lubię tę pracę, lubię tu być. Ten kawałek misyjności, praca z ideą pomagania jest dla mnie niesamowicie ważna. Staram się zarazić tym innych.

Czat na stronie coucb.pl wystartował 8 marca 2021 – i już ten pierwszy dzień pokazał, jak bardzo był potrzebny. Od marca tego roku czat działa siedem dni w tygodniu w godz. 12-20. Podczas każdego dyżuru prowadzonych jest kilka rozmów. W ubiegłym roku przeprowadzono 1615 czatów, w tym, jak dotąd, 929. Obecnie średnia miesięczna liczba rozmów to około 180. Oprócz czatu młodzież ma też do swojej dyspozycji telefon 585 00 88 85.

– Zawsze staramy się poznać rozmówcę ale pamiętamy, że musimy zachować pewną dozę anonimowości. Najczęściej pytamy o wiek by wiedzieć, jak poprowadzić rozmowę, jakie rozwiązania podpowiedzieć. Ale zawsze to są po prostu rozmowy – nie prowadzimy wywiadów, nie przekonujemy i do niczego nie namawiamy – podkreśla Adrianna Janowicz. – Uczymy naszych stażystów, by byli jak najbardziej otwarci, słuchający, empatyczni i wspierający. Trzeba też być bardzo wyczulonym na to, by nie patrzeć na rozmówców przez pryzmat dorosłego, tylko na nowo odkrywać w sobie pokłady nastoletniości i przyjąć perspektywę młodzieży. To się sprawdza. Są osoby które do nas wracają albo z innymi problemami – bo skoro udało się na czacie przepracować jeden problem to może spróbujmy jeszcze raz – albo z informacjami zwrotnymi: że skorzystały z naszej rady, były w poleconym przez nas miejscu, okazało się że nie jest źle, że bardzo nam dziękują. Co ciekawe, na czacie coucb.pl piszą osoby z całej w zasadzie Polski. Miejsce zamieszkania nie ma znaczenia, ważne żeby znaleźć właściwe rozwiązanie – także w innych miastach.

– Stażyści dobrze rozumieją młodzież, która do nas pisze. To takie porozumienie pokoleniowe, nikt nikogo nie udaje – zauważa Sebastian Ogiejko. – Ale trzeba też pamiętać, że rozmowa na czacie jest znacznie trudniejsza niż interwencja w ośrodku. Gdy pracujemy z młodzieżą „na żywo” mamy bardzo dużo komunikatów pozawerbalnych: spuszczenie wzroku, rumieniec, zaplatanie placów. Na czacie tego wszystkiego nie można zaobserwować. To wybitnie trudne wyzwanie: zbudować zaufanie, żeby dzieciaki wiedziały, że jest ktoś kto się nimi interesuje.

Na czacie pracują osoby, które są przynajmniej studentami trzeciego roku psychologii i mają już teoretyczną podstawę do takich rozmów. Zespół coucb tworzy 18 stażystów i dwóch opiekunów merytorycznych. Każdy dyżur trwa cztery godziny – i każdy jest bardzo obciążający. Dlatego regularnie odbywają się grupowe superwizje. Chodzi o to, by nikt nie poczuł, że jest sam. Przeciwnie: ma za sobą zespół i jego wsparcie, może poddawać pod dyskusję swoje działania, uczyć się od innych, „odwentylować się” i zyskać poczucie, że jest się wystarczająco dobrym pomagaczem. Dla studentów to pierwsze tego typu doświadczenie: bardzo ważne, bo kształtuje postawę w przyszłych zawodach pomocowych.

Adrianna Janowicz i Sebastian Ogiejko/fot. Dawid Linkowski

Adrianna Janowicz i cały zespół coucb zajmują się też promocją czatu. Do dzieci i młodzieży trafiają głównie poprzez media społecznościowe – treści na facebooku i na Instagramie są zarówno informacyjne, jak i angażujące, zmuszające do refleksji czy zachęcające do działania. Sebastian Ogiejko: – O sile czatu stanowi jego niezależność, bo nie działa pod żadnym szyldem, jest tworem sam w sobie. Jest modny w dobrym tego słowa znaczeniu: ma swoje media społecznościowe, spójne wizualnie i bezpieczne. Mam bardzo dużą satysfakcję, że udało się uruchomić czat i że tak dobrze działa. Nie aż tak często się zdarza, że coś, co wymyślamy zaczyna się dziać.

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

Twarze Pomagania: www.gdyniawspiera.pl

Gdy powstawała pięć lat temu, była pierwsza w Polsce – i wciąż jest unikatowa. Strona gdyniawspiera.pl to gdyńska baza miejsc, w których bezpłatnego wsparcia specjalistów mogą szukać osoby w kryzysach. To baza inna niż wszystkie, bo odwraca porządek wyszukiwania: użytkownik rozpoczyna od ogólnego określenia trapiącego go problemu, by – doprecyzowując na kolejnych podstronach – trafić na dane kontaktowe miejsca, w którym może uzyskać pomoc. – To rozwiązanie przyszło mi do głowy po latach pracy w systemie pomocy społecznej – mówi w dzisiejszej odsłonie cyklu „Twarze Pomagania” Przemysław Lebiedziński, dyrektor Zespołu Placówek Specjalistycznych w Gdyni.

Od lewej: Przemysław Lebiedziński i Michał Urbanowicz // fot. Dawid Linkowski, Sebastian Ogiejko

Szukam pomocy.
Chcę pomagać.
Chcę oddać.
Wsparcie uchodźców z Ukrainy.

Cztery tablice, które widzimy po wejściu na stronę gdyniawspiera.pl. Wybieramy tę odpowiadającą naszej potrzebie. I pojawiają się zagadnienia szczegółowe. Wybieramy właściwe. Kolejne szczegóły i kolejny wybór. Aż wreszcie: dane kontaktowe miejsca, w którym możemy szukać konkretnej pomocy w rozwiązaniu naszego problemu. Co więcej, wszystko bezpłatnie, bez logowania, w pełni anonimowo i przez całą dobę.

– Przez lata pracy w pomocy społecznej – a w tym roku mija 20 lat – zauważyłem, że często ludzie szukający wsparcia albo są w różnych instytucjach kierowani w złe miejsca, albo sami błędnie zakładają potrzebę konsultacji z danym specjalistą. Pomyślałem więc, że może ktoś, kto ma problem, powinien mieć możliwość by najpierw powiedzieć co mu doskwiera i dzięki temu trafić do miejsca, w którym specjaliści zajmą się tym problemem i zastanowią co zrobić, by w przyszłości nie doskwierało – mówi Przemysław Lebiedziński, pomysłodawca bazy gdyniawspiera.pl, dyrektor Zespołu Placówek Specjalistycznych w Gdyni. – Rzadko ktoś, kto szuka pomocy, wpisuje w wyszukiwarkę: „Zespół Placówek Specjalistycznych”. Częściej jest to „terapia” czy „psycholog dla dziecka” i  bardzo często nie znajduje najbardziej odpowiedniego miejsca. Dlatego gdy układałem sobie w głowie interfejs strony wiedziałem, że kluczowe tu będzie określenie problemu. Pomysłem podzieliłem się z wiceprezydentem Michałem Guciem. Dostałem zielone światło. Zaczęły się prace.

Przemysław Lebiedziński // fot Dawid Linkowski

A zaczęły się od… narysowania na kartce papieru makiety strony: układu kafelków, które będą ją tworzyć. Każdy (dziś to wspomniane wyżej cztery obszary) prowadzi do następnego, bardziej szczegółowego, by na końcu kilkustopniowego wyszukiwania użytkownik otrzymał informację np. o grupie wsparcia dla osób z określonym problemem: kto ją prowadzi, kiedy odbywają się spotkania, kto może w nich uczestniczyć. Co ważne, od początku założono maksymalnie prostą szatę graficzną: taką, która będzie czytelna dla każdego użytkownika – także w kryzysie czy z niepełnoprawnością.

W skład zespołu merytorycznego, który pracował nad nową stroną, weszli Beata Nawrocka (dziś dyrektorka Konsulatu Kultury, wówczas radna miasta i pełnomocniczka Gdyni prezydenta ds. rodziny), Jarosław Józefczyk – zastępca dyrektora MOPS, Dorota Kociak, zastępczyni dyrektora ZPS i Maciej Dębski, socjolog współpracujący z MOPS. Gdy gotowy był już interfejs, gdy określono nazwy konkretnych obszarów tematycznych o konsultacje zostali poproszeni liderzy poszczególnych bloków (m.in. praca, niepełnosprawność, uzależnienia). Chodziło o to, by w funkcjonalności strony uwzględnić też ich perspektywę.

Strona główna gdyniawspiera.pl

Bo gdyniawspiera to dla gdyńskich pomagaczy kompendium wiedzy o innych podmiotach tworzących system, ich ofercie i możliwościach współpracy. Dzięki łatwemu dostępowi do tych informacji można szybko zaproponować szeroką pomoc.

Uruchomiona w lutym 2017 roku strona łączy specjalistów z różnych dziedzin, a osoba korzystająca z serwisu sama decyduje, czy i z którym z nich się skontaktuje. Między użytkownikiem a instytucją lub organizacją, które mogą pomóc, nie ma pośredników czy doradców.

W momencie startu na stronie można było znaleźć informacje o ofercie 75 koalicjantów. Dziś jest ich 212, a zadań: ponad 300. Kluczem do sukcesu strony jest partnerstwo. Wśród partnerów serwisu są zarówno duże instytucje publiczne, takie jak Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, Ośrodek Profilaktyki i Terapii Uzależnień, Powiatowy Urząd Pracy, policja lub Zespół Placówek Specjalistycznych, jak i małe organizacje pozarządowe, świadczące pomoc bardzo potrzebną pewnym grupom osób.

– Budując bazę adresów jako pierwszych zaprosiliśmy do niej tych, którzy są najbliżej nas w miejskiej koalicji pomocowej. Pracując w obszarze wsparcia dziecka i rodziny najbliżej miałem do MOPS, OPITU, kuratorów. Z czasem oni zapraszali swoich koalicjantów. Działaliśmy na zasadzie efektu kuli śnieżnej. Dziś w bazie są oferty wsparcia nie tylko dla dzieci, ale też seniorów, osób z niepełnosprawnościami, szukających pracy – mówi Przemysław Lebiedziński. – Od początku jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że liczba miejsc oraz zadań jest w mieście ograniczona i że w pewnym momencie osiągniemy możliwe dla nas maksimum. Dziś bardziej dbamy o to, by między naszymi koalicjantami sprawnie przepływały informacje, by baza była stale aktualizowana, by reagować na bieżąco.

Bardzo ważną funkcjonalnością strony jest komunikator wewnętrzny. Każdy profesjonalista ma w serwisie swoje konto, dzięki któremu może napisać bezpośrednio – w sposób szyfrowany i bezpieczny – do innych zalogowanych profesjonalistów i tak uzyskać informacje potrzebne sobie czy osobie, która potrzebuje wsparcia.

Stronę zaprojektowano tak, by możliwe było łatwe wprowadzenie dodatkowych zadań i dodatkowych tablice; praktycznie w kilka minut.

– Skorzystaliśmy z tej możliwości w pandemii, gdy na stronie pojawiła się tablica odsyłająca do podstrony z ważnymi informacjami np. dla osób skierowanych na kwarantannę – przypomina Michał Urbanowicz, zastępca dyrektora Zespołu Placówek Specjalistycznych w Gdyni, który wraz z Przemysławem Lebiedzińskim czuwa dziś nad prawidłowym funkcjonowanie strony gdyniawspiera.pl. – Gdy rozpoczął się kryzys uchodźczy związany z wojną w Ukrainie na stronie pojawiła się rozbudowana sekcja dotycząca wsparcia uchodźców z Ukrainy: zarówno dla tych, którzy potrzebują pomocy jak o tych, którzy chcą im pomóc.

Michał Urbanowicz, zastępca dyrektora Zespołu Placówek Specjalistycznych // fot. Sebastian Ogiejko

Zresztą, informacje dla osób które chcą pomóc innym znajdują się na stronie od samego początku. Informacje o programach stażowych czy wolontariacie można znaleźć w sekcji „chcę pomóc”.

Dostęp do bazy gdyniawspiera.pl jest łatwy zarówno z komputera, jak i ze smartfona. Korzystający z niej za pomocą telefonu mają do dyspozycji nawigację GPS – przy wizytówce każdej placówki oferującej pomoc umieszczona jest mapa. Baza jest też zintegrowana z miejską aplikacją: dostęp ma do niej każdy, kto zainstalował w telefonie aplikację Gdynia.

Gdyniawspiera.pl budzi zainteresowanie specjalistów z innych miast w Polsce.

– Trafiają do nas pytania o to jak zbudować taki system, jaki jest koszt jego uruchomienia, a później – utrzymania, jak duży zespół pracuje nad serwisem – przyznaje Michał Urbanowicz. – Chętnie dzielimy się tą wiedzą ale też zdajemy sobie sprawę, że im większe miasto, tym trudniej zbudować bazę taką, jak nasza gdyńska.

Przemysław Lebiedziński deklaruje, że know-how strony zostanie przekazany każdemu chętnemu do stworzenia swojej, lokalnej wersji.

Michał Urbanowicz w instytucjach pomocowych pracuje od 15 lat. Dziś mówi tak:

– Nie było wcześniej takiego pomysłu jak gdyniawspiera.pl i nie wiem, czy byłbym w stanie wymyśleć prostszą metodę dotarcia do mieszkańców – potencjalnych zainteresowanych i naszych koalicjantów. Kiedyś myśleliśmy, że sprawdzają się kampanie ulotkowe i strony internetowe poświęconej działalności konkretnej placówki. Dziś wiemy, że nie do końca. Baza gdyniawspiera.pl spina wszystkie informacje o gdyńskiej pomocy społecznej. Ostateczny sukces projekt odniesie wtedy, gdy – tak jak Przemek napisał w naszej pierwszej ulotce -„ta ulotka już nie będzie potrzebna”. Chcemy doprowadzić do sytuacji, w której wszyscy zajmujący się w Gdyni pomaganiem będą ze strony korzystać i będą się przez nią komunikować.

Cykl „Twarze pomagania” powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

Jedna z podstron serwisu gdyniawspiera.pl
Jedna z podstron serwisu gdyniawspiera.pl

Twarze Pomagania: streetworkerzy MOPS

Od dziesięciu lat każdego dnia Grzegorz Dziedzic i Maciej Kruszyński, streetworkerzy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Gdyni, docierają do osób, które z różnych powodów zmagają się z kryzysem bezdomności ulicznej. Zabezpieczają ich podstawowe potrzeby, pomagają w uregulowaniu spraw urzędowych, namawiają do podjęcia próby zmiany życia. I choć często odbijają się od ściany niechęci, bez wahania mówią: – Ta praca ma sens. Ratujemy życie.

Od lewej: Maciej Kruszyński, Grzegorz Dziedzic // fot. Dawid Linkowski

Grzegorz Dziedzic w gdyńskim MOPS pracuje od roku 2012, Maciej Kruszyński: od 2013. Są jak ogień i woda – i sami to przyznają.

Grzegorz: – Myślę, że dobrze nas opisuje to, że gdy wchodzimy na działki ja naciskam na klamkę, żeby otworzyć furtkę, a Maciek skacze przez płot.

Maciej: – Grzegorz jest spokojny, ja jestem adrenalinowcem.

W pracy na ulicy z osobami w kryzysie bezdomności czasem potrzeba szybkiego działania, a czasem chłodnej analizy, więc różnica charakterów gdyńskich streetworkerów dobrze się tu sprawdza. A po dekadzie wspólnej pracy stworzyli swój własny system działania: dziś różny od tego, który mieli na początku, bazujący na wspólnych doświadczeniach, kompetencjach i zaufaniu.

Zaczynali od codziennego przemierzania Gdyni i monitorowania miejsc niemieszkalnych, w których mogły przebywać osoby w kryzysie bezdomności. W duecie poznawali miasto i ludzi, do których docierali. Byli dla siebie wsparciem i asekuracją.

– Nie ma co kryć: chodzenie po pustostanach do najprostszych rzeczy nie należy, trzeba na siebie uważać – mówi Maciej.

Maciej Kruszyński // fot. Dawid Linkowski

Przez lata zmienił się jednak system wsparcia osób w kryzysie bezdomności ulicznej: ze streetworkerami ściśle współpracują dziś m.in. pracownicy socjalni. Każda osoba przebywająca na ulicy (ich liczbę w Gdyni szacuje się na 40 – 50) ma swojego opiekuna, do którego może się zwrócić gdy trzeba wyrobić ubezpieczenie, otrzymać interwencyjną paczkę żywnościową czy wziąć kąpiel w noclegowni. Streetworking stał się ważną częścią działań gdyńskiej koalicji tworzonej m.in. przez MOPS i służby mundurowe, jak policja i straż miejska. Od ponad dwóch lat Centrum Reintegracji i Interwencji Mieszkaniowej MOPS, w którym pracują streetworkerzy, współpracuje z Poszukiwawczym Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym.

A sami streetworkerzy po pierwsze się rozdzielili, po drugie wyspecjalizowali: Maciej w ratownictwie (jest wykwalifikowanym ratownikiem) Grzegorz w psychoterapii uzależnień (rozpoczął certyfikację w psychoterapii ogólnej).

Jedno się nie zmieniło: swój dzień pracy spędzają w 90 proc. w terenie. W Centrum Reintegracji i Interwencji Mieszkaniowej MOPS dzielą pokój i… komputer. Przygotowują notatki z interwencji, uzupełniają dane na interaktywnej mapie miejsc niemieszkalnych, aktualizują informacje o osobach, do których w danym dniu dotarli. W poniedziałki Grzegorz wyrusza na patrole z pracownikiem socjalnym, strażą miejską lub policją, w czwartki Maciej z ekipą POPR jako „Gdyńscy ratownicy dla ulicy”.

Przez lata pracy „na streetcie” Grzegorz i Maciej doskonale poznali Gdynię, zidentyfikowali miejsca niemieszkalne i regularnie do nich wracają.

Grzegorz Dziedzic // fot. Dawid Linkowski

– Intensywność dnia pracy streetworkera zależy od pory roku – zauważa Grzegorz Dziedzic. – Zimą nasze działania dotyczą głównie osób, którym może grozić wyziębienie czy wręcz zamarznięcie. Staramy się umieszczać je w bezpiecznych miejscach choć na jeden dzień. Bywa, że po tym dniu wracają w swoje miejsca, ale my wracamy za nimi. Zimą ze strażą miejską i policją patrolujemy też miasto nocą. Lato to z kolei okres bardziej interwencyjny. Po pierwsze dlatego, że do Gdyni przyjeżdża dużo osób z całej Polski. Po drugie: nadużywanie alkoholu – a wiele osób w kryzysie bezdomności jest uzależnionych – plus wysokie temperatury sprawiają kłopoty medyczne. Latem mogę też poświęcić więcej czasu na rozmowy: na nawiązanie kontaktu, na motywowanie do podjęcia leczenia uzależnienia.

Maciej dodaje, że zimą z oczywistych powodów streetworkerzy bardziej zdecydowanie namawiają na skorzystanie z placówki.

Grzegorz Dziedzic podczas badania socjodemograficznego osób w kryzysie bezdomności w roku 2017 // arch. Laboratorium Innowacji Społecznych

– Pracując na ulicy widzę rzeczy z zupełnie innej perspektywy, widzę skrajne reakcje – mówi. – Jedni przeganiają osoby bezdomne z pergoli śmietnikowych, bo wiedzą że tak trzeba robić żeby zmotywować do zmiany, a inni przynoszą do tej pergoli ciepły obiad i zrobione na drutach skarpety. I co my powinniśmy w takiej sytuacji zrobić?

Grzegorz: – To jest ten odwieczny dylemat: profesjonalizm czy spontaniczne pomaganie? Moim zdaniem najlepsze jest podejście indywidualne. Są osoby o których wiemy, że tak czy inaczej będą przebywać w miejscach niemieszkalnych. W ich przypadku założenie, że jeśli nie dostarczymy im niczego, co by ułatwiło przebywanie np. w altance sprawi że oni tę altankę opuszczą, niczego nie zmieni.

Grzegorz przyznaje, że bycie streetworkerem niesie za sobą wiele trudów i ograniczeń. Osoby przebywające na ulicy nie do końca są zainteresowane korzystaniem z oferty wyjścia z bezdomności, jaka czeka na nie w Gdyni.

– A ja życzyłbym sobie, żeby poszły za naszymi radami i zmieniły swoje życie – przyznaje. – Można zacząć od skorzystania z noclegu czy naszych drobnych usług, jak wzięcie kąpieli. Gdy ktoś odmawia przyjęcia pomocy i tak do niego wracamy. Z osobami, które znamy, kontaktujemy się miesięcznie około 130 razy, kilkanaście razy odwiedzamy te, które są dla nas nowe, podejmujemy 5-10 interwencji. Na tym polega nasza praca: to, że ktoś mówi nam „nie” nie zwalnia nas z obowiązku kontynuowania kontaktu. Wracamy tak często, że niektórzy mają nas dosyć. Dzięki naszej pracy we wspólnych patrolach w najbardziej newralgicznych miejscach częściej pojawiają się służby.

– Wracamy na miejsce do skutku, aż spotkamy osobę o której dostajemy sygnał – i czasami udaje się przewieźć ją do noclegowni, w bezpieczne miejsce – mówi Maciej. – Ale bywa i tak, że spotykam na ulicy osoby wyziębione, zapraszam do nas, do CRiIM na ciepłą zupę. Przychodzą do miejsca, w którym mogą uzyskać faktyczną pomoc, a wychodzą gdy tylko zjedzą.

Maciej Kruszewski podczas dyżuru “Ratownicy dla ulicy” pełnionego z Poszukiwawczym Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym. Rok 2020 // ach. Laboratorium Innowacji Społecznych

Grzegorz i Maciej znają z imienia i nazwiska osoby żyjące „na streetcie”, znają ich historie. Oczywiście najbardziej cieszą te, które znalazły dobre rozwiązanie: ktoś zdecydował się na udział w projekcie Utrecht i od nowa uczy się życia „na swoim”, ktoś skorzystał ze schroniska, kogoś umieszczono w Domu Pomocy Społecznej czy ośrodku leczenia uzależnień.  

Obaj mówią, że pracują jako streetworkerzy, bo bezdomność uliczna zawsze ich jakoś dotykała i po prostu chcą pomóc.

– Może chodzi o adrenalinę, która się pojawia gdy pomagamy, zwłaszcza w trudnych warunkach? – pyta Maciej. I dodaje: – Czasami jesteśmy w takich miejscach, że zastanawiam się: kto by tam dotarł? Nie chodzi o Grzegorza czy o mnie. Chodzi o to, że gdyby nie było streetworkerów, jednostki takiej jak nasze Centrum kto by wiedział o tym człowieku? Że on tam jest?

Cykl „Twarze pomagania powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

Seminarium w UrbanLab Gdynia

UrbanLab Gdynia gościł u siebie naukowców, badaczy i ekspertów, którzy podczas seminarium dyskutowali o kwestiach związanych z siecią zbiorowego zaopatrzenia w żywność oraz współpracy producentów z konsumentami.

Seminarium odbyło się w siedzibie UrbanLab Gdynia/źródło: universiteitleiden

Celem spotkania było zgromadzenie badaczy pracujących obecnie nad jakościowymi badaniami społecznymi, odnoszącymi się do kontekstu kulturowego i społecznego wymiaru zamówień żywności w Polsce, w tym m.in. współpracy producentów oraz konsumentów. Podczas wydarzenia starano się spojrzeć na tę kwestię z różnych perspektyw.

Nie zabrakło także rozmów o tym, w jaki sposób badania prowadzone w polskich kontekstach miejskich sytuują się wobec aktualnych debat akademickich na temat “alternatywnych sieci żywnościowych”, “suwerenności żywnościowej” i “sprawiedliwości żywnościowej”, a także o tym, w jaki sposób odmienność , złożoność i wyjątkowość polskiego kontekstu może przyczynić się do zmiany pozycji, czy nawet przedefiniowania niektórych pojęć debaty międzynarodowej.

W zorganizowanym w UrbanLab Gdynia spotkaniu udział wzięli: Cristina Grasseni (główna badaczka projektu “Food Citizens?”), Ola Gracjasz (doktorantka i członkini projektu), Agata Bachórz (Uniwersytet Gdański), członkini Rady Doradczej projektu, Aleksandra Bilewicz (Polska Akademia Nauk w Warszawie), Ewa Kopczyńska (Uniwersytet Jagielloński w Krakowie), Wojciech Goszczyński (Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu), Ruta Śpiewak (Polska Akademia Nauk w Warszawie), Renata Hryciuk (Uniwersytet Warszawski), Jaro Stacul i Jacek Kołtan (Europejskie Centrum Solidarności). Spotkanie otworzyła Joanna Krukowska (UrbanLab Gdynia).

Projekt “Food citizens? Collective food procurement in European cities: solidarity and diversity, skills and scale” otrzymał dofinansowanie z Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych (ERC) w ramach programu Unii Europejskiej “Horyzont 2020” w zakresie badań naukowych i innowacji.

Więcej o projekcie “Horyzont 2020” można przeczytać tutaj: https://www.gdynia.pl/co-nowego,2774/gdynia-z-projektem-na-horyzoncie,558375

Więcej informacji o spotkaniu można znaleźć tutaj: https://www.universiteitleiden.nl/en/foodcitizens/news/producer-consumer-collaborations

Cykl „Twarze Pomagania”. Bezinteresowna pomoc ukraińskiej wolontariuszki

Hania Yakovliewa przyjechała do Polski z Ukrainy i przez rok wspierała pracę gdyńskiej Wymiennikowni/fot. Dawid Linkowski

Wsparcie, pomoc w nauce, dobre słowo, rzucony ukradkiem uśmiech, a czasem po prostu zwykła rozmowa – działania wśród i na rzecz młodzieży choć potrzebne, nie zawsze są łatwe. Szczególnie dla osoby, która dopiero uczy się naszego języka. Hania Yakovliewa podjęła to wyzwanie i przez rok wspierała pracę gdyńskiej Wymiennikowni.

– Mam nadzieję, że wystarczy mojego polskiego – śmieje się Hania, gdy rozpoczynamy rozmowę, a później… od razu przechodzi do rzeczy. – Zawsze chciałam podróżować, ale nie jako zwykły turysta. Wydaje mi się, że wyjeżdżając na tydzień czy dwa nie da się poznać danego kraju. A ja bardzo lubię żyć w nowych miejscach, wtapiać się w nie. I właśnie dlatego pojawiłam się tutaj.

Hania przyjechała do Polski w marcu ubiegłego roku jako wolontariuszka Europejskiego Korpusu Solidarności. W naszym kraju miała zostać przez rok.  – Europejski Korpus Solidarności to projekt, który skupia i zrzesza wolontariuszy, finansując wolontariat w całej Unii Europejskiej, przy czym wolontariusze nie muszą pochodzić z krajów UE – wyjaśnia nasza rozmówczyni.

Co ją przyciągnęło do Gdyni? – Moja pierwsza myśl o Gdyni? Chcę tu przyjechać, tu jest morze! – śmieje się Hania. – Urodziłam się w Ukrainie i szukałam miejsca, które będzie mi choć trochę przypominać rodzinne strony. Wydawało mi się, że tutaj to znajdę.

Hania przyjechała do Gdyni i bardzo chciała trafić do Wymiennikowni, Młodzieżowego Centrum Innowacji Społecznych i Designu, czyli przestrzeni tworzonej przez młodzież dla młodzieży działającej w ramach Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni.

– Zależało mi na tym, żeby trafić w to miejsce, dlatego bardzo się ucieszyłam, że podczas rozmowy rekrutacyjnej oceniono mnie pozytywnie. Wymiennikownia była dla mnie bardzo atrakcyjna, bo spodobało mi się to, że jest to miejsce skierowane do młodzieży. Ma to związek z tym, że przed przyjazdem do Polski pracowałam albo z dorosłymi albo z dziećmi. Nigdy nie miałam natomiast okazji, aby popracować z młodymi ludźmi, więc uznałam, że to idealny moment na zebranie tego cennego doświadczenia.

I gdy wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, pandemia pokrzyżowała plany wolontariuszki. – Pierwszą połowę roku spędziłam w Przystani Śmidowicza 49, miałam okazję pomóc w przygotowaniach do otwarcia tego miejsca. W połowie lipca udało mi się jednak trafić do Wymiennikowni – opisuje Hania i dodaje, że bardzo ucieszyła ją ta wiadomość. – Szybko polubiłam zespół. Musieliśmy przygotować się na wizyty młodzieży, więc pracy było sporo.

Hani udało się przejść pozytywnie rozmowę kwalifikacyjną i tak trafiła do Wymiennikowni/fot. Dawid Linkowski

–  Hania szybko zaadaptowała się w Wymiennikowni, to bardzo otwarta dziewczyna – mówi Martyna Winnicka, koordynatorka Wymiennikowni. – Pomagała nam w codziennej pracy, zaangażowała się także w informowanie o działalności naszego miejsca, a także włączyła się w tłumaczenie naszych komunikatów i postów, tak, byśmy mogli trafiać z naszą ofertą również do młodzieży, która nie mówi po polsku.

Pomimo napiętego grafiku Hania wyjaśnia, że wciąż czuła, że robi… za mało. – Postanowiłam podzielić się tym, co potrafię najlepiej, czyli dawaniem korepetycji z języka angielskiego!

Zapotrzebowanie na tego typu lekcje okazało się bardzo duże. – Zamieściliśmy informację o tym, że chciałabym udzielać darmowych lekcji języka angielskiego i niemal od razu ludzie zaczęli się odzywać – mówi i nie ukrywa, że ucieszyła ją tak duża frekwencja. – Od razu zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób to najlepiej zorganizować i uznałam, że chciałabym postawić na zajęcia indywidualne. Wydawało mi się, że to najlepszy sposób, aby każdy mógł się otworzyć, swobodnie rozmawiać i monitorować postępy. To się sprawdziło.

Hania podkreśla jednak, że nie tylko ona pomogła młodzieży, ale również oni jej. Nie liczyłam na to, że również otrzymam bezinteresowną pomoc. Moi studenci, którzy wiedzieli o tym, że kończę projekt w marcu tego roku, podrzucali mi informacje o ciekawej pracy, zachęcali, abym została w Polsce.

To jej się udało. Pomimo tego, że staż Hani w Wymiennikowni się skończył, została w Polsce i w Gdyni. – Znalazłam tu pracę i mieszkanie, ale wciąż nie mogę się rozstać z Wymiennikownią i z ludźmi, których tam poznałam. Pracuję w pełni zdalnie, więc dość często przychodzę do Wymiennikowni i stamtąd wykonuję swoje obowiązki. Kontakt z wszystkimi ludźmi, których tam spotykam, sprawia mi ogromną radość.

Na pomoc Hani mógł liczyć każdy, kto odwiedzał Wymiennikownię/fot. Dawid Linkowski

Hania wciąż angażuje się także w bezinteresowną pomoc. Nie zawiodła w jednym z najtrudniejszych momentów, który dla niej był szczególnie bolesny.

– Gdy w Ukrainie doszło do wojny, było mi bardzo ciężko. I mimo że minęło już sporo czasu, wciąż jest to dla mnie emocjonalny rollercoaster. Jednego dnia zastanawiam się, jak będzie wyglądać przyszłość, innego staram się być obojętna. To trudne.

Wolontariuszka od pierwszego dnia angażowała się w pomoc uchodźcom. – Byłam w Wymiennikowni i pełniłam rolę tłumacza, starałam się pomagać, rozmawiać, wspierać. Do dziś utrzymuję kontakt z częścią tych osób, które osiedliły się m.in. właśnie w Gdyni.

Hania podkreśla, że chociaż miała okazję pracować w różnych miejscach na świecie, to Gdynia przyciągnęła ją najbardziej. – Odwiedziłam kilka krajów, miałam okazję być także wolontariuszką m.in. w Chinach, ale to tutaj czuję się wyjątkowo dobrze – wyjaśnia i dodaje, że nie planuje dłuższej rozłąki z Wymiennikownią. – W końcu teraz to ja jestem tą młodzieżą, która może beztrosko spędzać tu czas – śmieje się.

Pomimo zakończonego stażu, Hania wciąż chętnie wraca do Wymiennikowni/fot. Dawid Linkowski

Cykl „Twarze pomagania powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności.

Droga Użytkowniczko, Drogi Użytkowniku portalu internetowego www.urbanlab.gdynia.pl

Uprzejmie informujemy, że od 25 maja 2018 r. obowiązuje tzw. RODO, czyli Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE. Nowe prawo wprowadza zmiany w zasadach regulujących przetwarzanie danych osobowych.

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Szczegółowe zapisy znajdziesz w nowej polityce prywatności portalu internetowego www.urbanlab.gdynia.pl. Jednocześnie informujemy, że Państwa dane są przetwarzane w sposób bezpieczny, z należytą starannością i zgodnie z obowiązującymi przepisami.