Artur Celiński
W miejskim świecie miewamy oczy szeroko zamknięte. Niby widzimy, a nie dostrzegamy. Patrzymy na to, co się dzieje na scenie, podczas gdy najciekawsze pozostaje za kulisami.
„Miasta Świadome – Globalne wyzwania, lokalne rozwiązania, edycja II”, dzień 1
„Miasta Świadome – Globalne wyzwania, lokalne rozwiązania, edycja II”, dzień 2
Gdyńska konferencja Urban Labu miała podsumować trzyletnie efekty eksperymentalnego projektu poszukiwań lepszych sposobów organizacji miejskiego życia. Koncepcja ta powstała po to, aby dać wybranym samorządom przestrzeń do testowania nowych rozwiązań, na które zazwyczaj brakowało przestrzeni i zasobów wewnątrz urzędów.
Tymczasem doświadczenie i atmosferę twórczego spotkania trzeba było – przynajmniej częściowo – przenieść do świata wirtualnego. Działania urban labów z Gdańska i Rzeszowa przypadły – niespodziewanie dla pomysłodawców koncepcji – na ciekawy moment w miejskiej wynalazczości. Pandemia zmusiła nas do zmian.
Jak feniks z popiołów
Taki kryzys – jak pandemia – można potraktować jako szansę. Gdy jedne obszary funkcjonowania miasta zwalniały albo wygasały całkowicie, w innych widać było przyśpieszenie. Odnalezienie się w nowej sytuacji niejednokrotnie samo w sobie było innowacją. Innowacje zwykle polegają na tym, że ktoś dostrzega coś, czego inni nie widzieli. Zauważa możliwość poprawy istniejącego rozwiązania. Proponuje nowe wykorzystanie już dostępnych narzędzi albo tworzy własne – zupełnie od podstaw.
W istocie można – wsłuchując się w gdyńską konferencję – powiedzieć, że wszystko zależy od umiejętności patrzenia i słuchania. „Nie ma żadnego zestawu wskaźników, które sygnalizowałyby innowacje” – stwierdził Michał Guć, wiceprezydent Gdyni, podczas panelu poświęconego przyszłości innowacji społecznych. Jeśli tak, to wszystko zależy do wyczucia i przyjętej perspektywy patrzenia na rzeczywistość. Tymczasem w pandemii z dnia na dzień trzeba było zmienić zasady i budować nowe rozwiązania i procesy od podstaw. Guć wprost przekonywał, że dla świata miejskich instytucji i urzędów był to skok w zupełnie inną rzeczywistość. Mimo pandemii życie musiało toczyć się dalej. Trzeba było znaleźć nowe sposoby na jego organizację.
Czego nie widać w naszych miastach?
Podczas konferencji przywoływano wiele przykładów nagłych, podejmowanych pod wpływem pandemii zmian w miastach. Kacper Pobłocki w swoim otwierającym wystąpieniu postawił jednak na inną narrację. Zaproponował, aby odejść od przyglądania się miastu z perspektywy zmian pandemicznych i zwrócić uwagę na to, co nam umyka – płeć i praca.
Zdaniem Pobłockiego, który powoływał się na książkę „Niewidzialne kobiety” Caroline Criado Perez, projektujemy nasze miasta z męskiej perspektywy, która pokazuje seksistowski charakter naszej rzeczywistości. Wynika to z prostego założenia, że domyślnym użytkownikiem większości dóbr i usług jest mężczyzna. Przyjęcie innego punktu widzenia oznaczałoby rewolucję w projektowaniu miejskich przestrzeni, usług publicznych czy nawet sposobów radzenia sobie z takimi pozornie niewrażliwymi na płeć sprawami jak odśnieżanie. Pobłocki jako przykład przywołał EURO2012 w Polsce. Ta sportowa impreza była zarazem synonimem postępu i rozwoju. Uczynienie ze sportu, w którym centralne miejsce zajmują mężczyźni, uniwersalnego symbolu przemian odpowiadającego aktualnym potrzebom całej społeczności mogło zdarzyć się tylko dlatego, że nie widzieliśmy kobiet.
Drugim wątkiem, który pojawił się w wykładzie otwierającym konferencję była praca – obszar, w którym – zdaniem Pobłockiego – dzięki rozwojowi technologicznemu i gospodarczemu mogłyby zajść radykalne zmiany. Skrócenie czasu pracy – np. do 15 godzin tygodniowo. Nie jest to nowa perspektywa – mówił o tym John Maynard Keynes w 1930 roku w słynnym już eseju „Ekonomiczne perspektywy dla naszych wnuków”. Keynes sądził, że ludzie w 2030 roku zgromadzą już wystarczającą dużo dóbr (kapitału) i osiągną pożądany poziom zamożności. Postęp technologiczny sprawi zaś, że pracy będzie mniej. Konieczne więc będzie dzielenie pozostałej pracy pomiędzy wszystkich członków społeczności. Keynes martwił się, że zbyt duża ilość wolnego czasu doprowadzi do zwiększonej częstotliwości występowania załamań nerwowych. Postulat ograniczenia tygodniowego czasu pracy miał też służyć ograniczeniu wykonywania pracy, która nikomu nie służy.
Dzisiaj, dzięki antropologowi Davidowi Graeberowi, nazywamy to zjawisko „bullshit jobs”, w Polsce funkcjonujące pod mniej dosadnym określeniem „pracy bez sensu”. Głównym założeniem tej koncepcji jest przekonanie, że ponad połowa wykonywanej obecnie pracy jest bezcelowa. Coraz częściej jesteśmy tego świadomi i ma to nas destrukcyjny wpływ. Szczególnie dotyczy to osób, które warunkują poczucie własnej wartości wykonywaną przez siebie pracą. „Z nieszczęśliwego i przepracowanego pracownika nie będzie dobrego obywatela” – podsumował Pobłocki.
Nie jakość, nie ilość, ale sposób organizacji pracy
Temat pracy nie tylko nie jest kwestią nieobecną, ale wręcz kluczową dla wszystkich mieszczan. W końcu jednym z głównych czynników oceny rozwoju miasta jest liczba i jakość oferowanych przez nie miejsc pracy. Ta perspektywa potwierdza jednak główną tezę tego tekstu – widzimy pracę, patrzymy na towarzyszące jej wskaźniki, ale nie widzimy, co może mieć decydujący wpływ na jakość życia w miastach. Jakie mogą być skutki prostego skrócenia czasu pracy?
Wyniki islandzkich eksperymentów ze skróceniem tygodnia pracy z lat 2015 – 2019 pokazały, że pracujący krócej stali się bardziej produktywni, ale przede wszystkim odczuwali mniejszy poziom stresu. Wzrósł też poziom zadowolenia z życia osób uczestniczących w pilotażu. W heteroseksualnych związkach (takie akurat przebadano) mężczyźni zaczęli się też bardziej angażować w realizację domowych obowiązków, które – statystycznie – zwykle dotychczas spoczywały głównie na kobietach. Zmiana w pracy przerodziła się w pozytywną przemianę życia rodzinnego.
Dostrzeżenie takich zależności jest decydujące dla wszystkich, którzy szukają dziś miejskich innowacji. Tym bardziej, że tworzenie warunków do rozwoju innowacyjności nie polega na budowaniu maszyny czy instytucji, która miałaby je produkować. „Trzeba umieć zobaczyć, że innowacyjność jest dziełem przypadku” – zwracał na konferencji uwagę Kuba Wygnański i przekonywał, jak ważne jest docenienie miejsc, w których mogą one po prostu „wyskoczyć”.
Wyskoczy czy nie wyskoczy?
Nieprzewidywalność innowacji bywa przerażająca. Pierwszą barierą jest przekonanie innych, że to co my widzimy – dostrzegając potrzebę zmiany zastanej sytuacji lub możliwość wprowadzenia usprawnień – jest nie tylko sensowna, ale też potrzebna. Gdyby wszystkie potencjalne efekty innowacji można było spisać w tabelce Excela, sprawa byłaby prostsza. W przypadku miejskich innowacji mówimy jednak często o zupełnie innej dynamice zmian. Zwykle nie da się opisać ich pełnej natury za pomocą liczb. Wymagane jest tu pewne wyczucie i wrażliwość. Innymi słowy – człowiek umiejący dostrzec potencjał zmiany musi trafić na decydentów z wyobraźnią i gotowością do poniesienia ryzyka, które często nawet trudno oszacować. Kuba Wygnański podczas panelu o innowacjach podkreślał moc tego wyzwania stawiając właściwe pytanie „Jak zrobić coś nowego z czegoś starego – z przyzwyczajonych do określonego sposobu pracy pracowników? Z systemu, który w innowacjach widzi demolkę zastanego porządku? Z instytucji, które działają tylko siłą dawnego rozpędu?”
Michał Guć odpowiadając na powyższe pytania użył metafory sportowego scouta (osoby odpowiedzialnej w sporcie za wyławianie talentów, przyp.red.), który oceniając młodego zawodnika bądź zawodniczkę nie opiera się tylko na statystykach, ale przede wszystkim stawia na swoją intuicję. Widząc sposób gry, zachowania, reakcje na określone sytuacje umie ocenić potencjał i bardziej czuje niż wie, czy ma do czynienia z przyszłą gwiazdą. Kłopot w tym, że trudno miastu jako instytucji czy strukturze przypisać takie miękkie kompetencje osoby.
Agata Stafiej– Bartosik z Ashoki podkreślała, że kompetencje przydatne do oceny innowacji społecznych nie są efektem cech osobniczych, ale umiejętności, które można nabyć lub w które można wyposażyć zespół pracujący nad ich poszukiwaniem czy wdrażaniem. Kluczowe jej zdaniem jest budowanie kultury innowacji opartej na umiejętności zamiany egosystemu na ekosystem, ponieważ radzenie sobie ze skomplikowanym wyzwaniami wymaga różnorodnej grupy osób, które będą chciały ze sobą pracować. W innowacyjności z pewnością pomoże umiejętność facylitacji i włączania we wspólny proces innych ludzi. Ważna jest także umiejętność kopiowania i korzystania z zasobów, które już istnieją – nie we wszystkim trzeba być oryginalnym.
Do tego wszystkiego niezbędna jest jeszcze atmosfera gotowości na zmianę. Nigdy nie jest o nią łatwo – zwłaszcza w tak specyficznych czasach, jakie przyniosła nam pandemia. „W tym nieprzewidywalnym świecie jedni szukają źródła bezpieczeństwa w tym co już było – ograniczają zakres i ryzyko poszukiwania nowych rozwiązań. Inni zdają się patrzeć na sprawy z większym przyzwoleniem i otwartością na to, co nadchodzi” – zwracał uwagę Wygnański i dodawał, że możliwości popełniania błędów, a więc w istocie stopień akceptowalnego ryzyka wynika także z istnienia pewnej nadwyżki – „musi być nas stać na to, by popełnić błąd, wtopić pieniądze i zacząć od nowa”.
Projekt, proces i kryteria sukcesu
Widać było wyraźnie, że prelegenci i prelegentki pierwszego dnia tej konferencji w istocie kierowali naszą uwagę nie na efekty, ale na proces, który za nimi stoi. Innymi słowy – ważniejsze jest obecnie nabieranie tej kluczowej umiejętności widzenia i słuchania, niż ocena dostarczenia pożądanych rezultatów w krótkiej perspektywie.
Gdyńska konferencja pokazała, że o ile nie można zagwarantować pojawienia się innowacyjności, to można zwiększyć szansę na ich dostrzeżenie i wdrożenie. Istotne jest więc dokonanie przewartościowania i zmiany sposobu mówienia o innowacjach w ogóle. Warto przy tym pamiętać, że ubran laby – zarówno ten rzeszowski, jak i gdyński – nie są endogeniczne. Nie zostały powołane w wyniku wewnętrznej potrzeby lokalnych samorządów, ale są efektem mariażu lokalnej woli i centralnych pieniędzy. Zostały wymyślone jako projekt. Czy mają szansę stać się procesem? Przekonamy się w kolejnych latach.




